Dłonie

Ks. Jacek Pędziwiatr

Aby Kościół przez modlitwę nieustannie wspierał misyjną działalność swoich członków.

Stary Dürer miał 18 dzieci. Najstarsi – Albert i Albrecht – odziedziczyli po ojcu-złotniku talent plastyczny. Umówili się, że jeden z nich pójdzie do pracy w pobliskiej kopalni, a zarobionymi tam pieniędzmi opłaci studia tego drugiego. Potem zamienią się rolami i w ten sposób obaj zostaną artystami.

O tym, który z nich jako pierwszy będzie studiował, miał zadecydować rzut monetą. Losowanie odbyło się uroczyście, w niedzielny poranek, po powrocie rodziny z kościoła. Studia wylosował Albrecht. Albert najął się do kopalni. Zarabiał ciężką pracą pieniądze, które przesyłał bratu. Ten od pierwszych dni pobytu na akademii okazał swój geniusz. Po czterech latach wrócił do domu otoczony chwałą wielkiego, choć młodego artysty. Podczas przyjęcia, wydanego na jego cześć, zwrócił się do brata: Teraz ty idziesz na studia, a ja będę ci pomagał. Nic z tego – odpowiedział Albert – Pracując na kopalni doznałem tylu urazów, tyle razy miałem połamane palce, zmiażdżone kostki i poranione dłonie, że dziś nie mogę nawet unieść łyżki strawy, a cóż dopiero mówić o narzędziach malarskich.

Poruszony Albrecht uwiecznił spracowane, zmaltretowane dłonie swojego brata, przygotowując się do namalowania Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – tryptyku ołtarzowego do kościoła we Frankfurcie. Umieścił je w zestawie 18 wstępnych szkiców, jako dłonie jednego z apostołów, stojących nad pustym grobem Madonny. Szkic przetrwał do naszych czasów i można go podziwiać nie tylko w muzeum, ale również jako ozdobę i znak w wielu chrześcijańskich domach, zwłaszcza w Niemczech.

Jesteśmy potrzebni misjom, nawet wówczas, kiedy nie ruszamy się z domu. Może nasze nogi są za słabe, żeby brnąć z orędziem Dobrej Nowiny przez zamulone błotem tropikalne ostępy. Nasze ciała za wątłe, by walczyć z malarią, a głowy zbyt ciasne do nauki obco brzmiących języków. Ale to nie znaczy, że jesteśmy nieprzydatni w kwestii misji. Dopóki mamy dłonie, składające się do modlitwy, każdy z nas ma szansę zostać misjonarzem. Ta prawda ma szczególne znaczenie wobec współczesnego nastawienia Kościoła i nas, wierzących, na akcyjność. Wkradają się w szeregi wiernych nawyki korporacyjne: tak bardzo skorzy jesteśmy, by policzyć i przedstawić w statystykach skuteczność naszych działań: ilość zebranych pieniędzy, ubrań, produktów żywnościowych, lekarstw, przyborów szkolnych. Tylko modlitwy nie sposób policzyć, zważyć, zmierzyć. A bez niej wszelkie działania na polu misyjnym zamiast prowadzić do Chrystusa, pozostają zaledwie przemijającą filantropią.