Rozważania Słowa Bożego

Obraz dla artykułu: Rozważania Słowa Bożego (6/2019)

2 czerwca
7 Niedziela Wielkanocy
Wniebowstąpienie Pańskie

Istnieją takie relacje międzyludzkie (a właściwie należałoby powiedzieć – taki brak relacji), które powodują największą satysfakcję wtedy, gdy ludzie nie muszą siebie nawzajem oglądać, gdy mogą być od siebie jak najdalej. Wtedy rozstanie jest radością, a świadomość, że już nigdy nie dojdzie do spotkania, może być nawet źródłem szczęścia. Wszyscy jednak wiemy, że taka sytuacja to raczej dramat niż szczęście. Jednak Ewangelia zawiera intrygujący przekaz: uczniowie z wielką radością wrócili do Jerozolimy, zaraz po tym, jak Jezus się z Nimi rozstał. Wielka radość po rozstaniu z Jezusem? Wszyscy przecież wiemy, że radość uczniów nie brała się stąd, że już więcej nie chcieli Jezusa oglądać. Było dokładnie odwrotnie. Więc co to za radość? Skąd się ona bierze?

Czy można z radością przyjąć odejście najbliższej osoby? Czy można wtedy żyć w pełni radości, wielbiąc i błogosławiąc Boga? Tak, można. Jest to możliwe, gdy w sercu zamieszka przekonanie, że żadne rozstanie nie jest na zawsze. Zmartwychwstanie Chrystusa niesie niebywałe przesłanie: śmierć to nie kres, ale początek życia. Kto jest zdolny to przyjąć? Ten, kto uwierzy. Ale także świadek. Do tego zdolny jest świadek, czyli ktoś, kto osobiście doświadczył i jest gotów całym swoim życiem poświadczyć prawdę. Jezus, mówiąc o cierpieniu i zmartwychwstaniu Mesjasza, nazywa uczniów świadkami tego. Oni na własne oczy widzieli Jego cierpienie i śmierć, ale także oglądali Go zmartwychwstałego. Dlatego rozstają się z Nim, mając w sercu radość, bo wiedzą, że On będzie z nimi aż do skończenia świata.

Rozstanie to jeden z najtrudniejszych tematów, zwłaszcza wtedy, gdy w nasze relacje z najdroższymi osobami wkracza śmierć. Ale to właśnie w jego kontekście widzimy, jak nieocenionym darem jest życie, którym obdarza Zmartwychwstały. To dzięki Niemu żadne rozstanie nie jest na zawsze.


9 czerwca
Niedziela Zesłania Ducha Świętego

Tylko Bóg jest w stanie odejść i jednocześnie na zawsze pozostać. Jezus, rozstając się z uczniami, obiecuje swoją obecność do skończenia świata. Obiecuje posłanie Ducha Świętego, który będzie z nimi na zawsze. Wytrąca z rąk wszystkie argumenty tych, którzy chcieliby Mu zarzucać, że zostawił ich bez opieki. Na zawsze znaczy przecież – na zawsze. Nie możemy więc wskazać nawet jednej, najmniejszej chwili naszego życia, w której by Go z nami nie było. Dał nam Parakleta, aby był z nami na zawsze.

Jezus nazywa Ducha Świętego Parakletem. Nazywając Go w ten sposób, nie tylko zapewnia o Jego nieprzemijającej obecności, ale określa także sposób, w jaki On będzie towarzyszył człowiekowi. Paraklet to termin stosowany w sądownictwie wobec obrońcy, inaczej adwokata. Według starożytnej tradycji, paraklet mógł stanąć na rozprawie obok skazanego. Był tym, który występował i przemawiał w imieniu oskarżonego. Nawet nie musiał nic mówić. Sama jego obecność zamykała usta oskarżycielowi. Sąd nie mógł skazać tego, za którym wstawiał się paraklet. Takiego właśnie Obrońcę obiecuje posłać Jezus. Kiedy uświadomimy sobie, kim jest posłany przez Chrystusa Duch Święty, gdy zobaczymy w Nim takiego Obrońcę, czy nie powinno być wówczas naszym największym pragnieniem przyjęcie Go z otwartym sercem? Jezus daje nam Obrońcę. Kogoś, kto stanie przy nas, by nas bronić wtedy, gdy sami nie jesteśmy do tego zdolni. To dzięki Niemu – dzięki Parakletowi – nigdy nie pozostajemy bez obrony.


16 czerwca
11 Niedziela Zwykła
Świętej Trójcy (J 16,12-15)

Ksiądz Jan Twardowski w jednym ze swoich wierszy, który jest rozmową ze św. Franciszkiem z Asyżu, żali się świętemu, że „nad Biblią boli go głowa”. Z właściwym sobie poczuciem humoru wyraża chyba odczucia wielu z nas, mierzących się z natchnionym tekstem lub próbujących pojąć tajemnice ukryte w Bogu. Myślę, że próba zmierzenia się z tajemnicą Trójcy Świętej niejednego z nas przyprawia o ból głowy.

Zapominamy jednak, że w tym mierzeniu się z ogromem Bożych tajemnic nie jesteśmy sami. Znowu On – Duch Święty – przychodzi z pomocą, by doprowadzić nas do całej prawdy.

Z tego krótkiego tekstu Ewangelii przebija niesłychane pragnienie Jezusa, żeby podzielić się tajemnicą wewnętrznego życia Boga z każdym człowiekiem. Wprowadzić nas w to, co w Bogu najpiękniejsze – w Miłość, która jednoczy Osoby Boskie. Bóg staje przed nami jako ktoś, kogo pragnieniem jest wprowadzić nas w najgłębsze tajemnice swojego istnienia. Stworzył nas z miłości, odkupił śmiercią Syna i posłał Ducha Świętego, by nas prowadził do prawdy. On nie ma przed nami tajemnic i robi wszystko, by do nas dotarła prawda o Jego miłości. Wygląda na to, że nasze trudności z poznaniem Boga i przylgnięciem do Niego mają ścisły związek z tym, że być może nie dbamy należycie o to, by przyjąć Ducha Prawdy. Jezus Go posyła, ale przecież też uzdalnia nas, byśmy mogli Go przyjąć.

Wobec tajemnicy Boga wszyscy chyba czujemy się jak mały chłopiec próbujący przelać wodę z morza do małego dołka na plaży chłopiec, którego podobno spotkał św. Augustyn, przechadzając się nad morzem. Jednak Ewangelia powinna nas bardziej skupić na tym, jak bardzo Jezus pragnie wprowadzić nas w tę tajemnicę niż na naszych ograniczeniach. Mogę być bezradny jak dziecko, ale On mi obiecał, że doprowadzi mnie do całej prawdy.


23 czerwca
12 Niedziela Zwykła (łk 9,18-24)

Mądry nauczyciel zadaje swoim uczniom najważniejsze pytania, prowokując w ten sposób do poszukiwania odpowiedzi, które rzeczywiście przybliżają do prawdziwej mądrości. Trudno komukolwiek konkurować z mądrością Jezusa, a On właśnie zadaje swoim uczniom jedno z najważniejszych pytań: za kogo Mnie uważacie?

Czasem ze zdziwieniem stwierdzamy, że ludzie zdają się nie zadawać sobie ważnych pytań. Być może brak w ich życiu kogoś, kto je postawi. Jeśli unikamy kontaktu z Bogiem, pozbawiamy się też możliwości zajęcia się tym, co w życiu naprawdę istotne. I odwrotnie: czyniąc Boga Panem swojego życia, pozwalamy Mu, by nas prowadził, stawiając najważniejsze pytania. Ewangelia wskazuje, że do tej rozmowy z uczniami doszło wtedy, gdy Jezus był z nimi na modlitwie. To proste – usłyszysz ważne pytania Boga, które poprowadzą cię do odkrywania prawdy, kiedy się modlisz. Wtedy, gdy pozwolisz mu do siebie mówić.

Za kogo mnie uważacie? To nie jest pytanie, które pozwala nam zabłysnąć wiedzą teologiczną czy wyrecytować z pamięci dziesiątki modlitw, których zdołaliśmy się nauczyć. W tym pytaniu nie chodzi o znajomość katechizmu czy cytowanie Biblii z pamięci. Pytanie Jezusa nie brzmi: co albo ile o mnie wiesz? On pyta: kim jestem dla Ciebie – za kogo Mnie uważasz?

Mam wrażenie, że ten fragment Ewangelii zawiera test sprawdzający, czy naprawdę uważamy Chrystusa za Mesjasza posłanego, by nas zbawił. Pod koniec perykopy Jezus mówi, czym powinni się charakteryzować ci, którzy chcą za Nim pójść. Jeśli jesteśmy zdolni do tego, żeby za Nim pójść, zapierając się siebie, biorąc swój krzyż i Go naśladować; jeśli jesteśmy gotowi stracić swoje życie z Jego powodu, wtedy tak, wtedy możemy spojrzeć w oczy każdemu, wyznając, że On jest naszym Bogiem, a nasza codzienność będzie to potwierdzać.


30 czerwca
13 Niedziela Zwykła (Łk 9,51-62)

Powiedzieć, że relacje Żydów i Samarytan nie były najlepsze, to zdecydowanie za mało. One były naznaczone głęboką, trwającą od wieków nienawiścią. Żydzi i Samarytanie unikali siebie nawzajem. Samarytanie byli uważani przez Żydów za nieczystych. Dlatego może dziwić fakt, że Jezus, idąc do Jerozolimy, chciał się zatrzymać w samarytańskim miasteczku i jednocześnie nie powinniśmy być zdziwieni, że Go tam nie przyjęto. Ten epizod ukazujący niechęć Samarytan do Jezusa i Jego uczniów odsłania też, co skrywają serca Jakuba i Jana, którzy chętnie widzieliby, jak niegościnni Samarytanie płoną w ogniu zesłanym na nich z nieba.

Jezus idzie tam, gdzie nie jest mile widziany i nie pozwala uczniom, by ich serce wypełniała chęć zemsty. W dalszej części Ewangelii Chrystus wskazuje, jakie cechy powinny charakteryzować tych, którzy pragną za Nim pójść. Ale już kiedy bardzo konkretnie wyraża dezaprobatę wobec zamiarów uczniów, którzy chcą zemsty, wskazuje na podstawową cechę prawdziwego ucznia Jezusa – serce wolne od wszelkiej nienawiści. Tylko takie serce naprawdę za Nim pójdzie. A nawet jeśli takiej wolności od nienawiści jeszcze w sobie nie ma, to zostanie Jego miłością przemienione.

Żeby oddać się całkowicie głoszeniu Jego Królestwa, często trzeba oddalić się od najbliższych, a nawet nierzadko zgodzić się na odrzucenie. Ale Jego uczeń to przede wszystkim ktoś, kto uznaje, że tylko Jezus ma prawo do serca. Bo uczeń Jezusa oddaje Mu serce, a to sprawia, że może doznać najgłębszej przemiany.