Podziękowania 7-8/2019

Obraz dla artykułu: Podziękowania 7-8/2019

Bogu przez Niepokalaną dziękują: Andrzej Lichosik, Alicja Drawer, Krystyna, Piotr Pawelczak, Maria K., Krystyna Mrozińska-Antolak, Zofia Sz., Alicja M., Rycerka Niepokalanej, Lucylla, Alina Keller z Krakowa, Matka.

Od 26 sierpnia 2011 r. – daty mojego przystąpienia do Rycerstwa Niepokalanej – odmawiam codziennie rano Różaniec święty i czytam Ewangelię na każdy dzień. Od 15 listopada 2017 r. rozpoczynam jego odmawianie od modlitwy do Matki Bożej w Lourdes: Matko Najświętsza, słynąca z Lourdes wielkimi łaskami, przez dobroć, jakiej dajesz tyle dowodów w tym wybranym miejscu, błagamy Cię pokornie, uproś nam wszystkie cnoty, aby nas uświęciły, oraz wyjednaj nam zupełne zdrowie duszy i ciała i dopomóż, abyśmy go użyli na chwałę Boga, dla dobra bliźnich i zbawienia duszy. Amen. Tekst tej krótkiej modlitwy dołączony był do niewielkiej ilości wody z Lourdes, którą otrzymałem od siostry wizytki z klasztoru na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie 11 listopada 2017 roku. O doznanym cudzie – podarowaniu mi drugiego życia i przemianie duchowej – piszę poniżej.

W połowie października 2017 r. wystąpiły u mnie uciążliwe bóle jelit i odnowiły się dolegliwości związane z dolnym odcinkiem jelita grubego, które sporadycznie pojawiały się od ok. 20 lat. Kumulacja kłopotów zdrowotnych nasiliła się 9 listopada 2017 r., kiedy rano nastąpiło całkowite zatrzymanie moczu. Odnalazłem badanie USG z marca 1998 r., które stwierdzało przerost gruczołu prostaty powiększonego ponad dwa razy w stosunku do średniej wielkości. Uznałem, że musiał nastąpić jego jeszcze większy rozrost. Dziwne, ale nie odczuwałem żadnego bólu ani ciśnienia na pęcherz moczowy, więc ograniczyłem picie napojów i postanowiłem, że zgłoszę się do lekarza w poniedziałek, 13 listopada, po Święcie Niepodległości. W piątek, 10 listopada, kiedy dalej trwało zatrzymanie moczu, ok. godziny 10 zadzwoniłem do Sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu z prośbą o cudowną wodę z Lourdes. Siostra, która wówczas była na dyżurze, z dystansem podeszła do mojej prośby, odpowiadając, że prawdopodobnie nie ma żadnych zapasów. Kiedy jednak nalegałem, że nawet odrobina cudownej wody z Lourdes ma ogromną moc, jeśli towarzyszy jej wiara w uzdrowienie – ponieważ wcześniej byłem świadkiem takich wydarzeń – i dodałem, że od 26 sierpnia 2011 r. jestem członkiem Rycerstwa Niepokalanej, a moje doświadczenie z cudowną wodą z Lourdes zamieścił listopadowy numer „Rycerza Niepokalanej” z 2016 r. – zmieniła zdanie, mówiąc, że też jest rycerką Niepokalanej i będzie prosiła siostrę przełożoną o poszukanie wody z Lourdes, zaznaczając, że może jej być bardzo mało. Dodała, że przekaże mi informację sms-em. Wieczorem, ok. godziny 22, otrzymałem wiadomość, że jest nieduża ilość wody z Lourdes, ok. 10 ml, i będzie czekała na odbiór w sobotę 11 listopada w godzinach 13-14. Podziękowałem i przekazałem, że syn ją odbierze.

W sobotę po południu miałem w ręku cudowną wodę wraz z dołączonym tekstem modlitwy do Matki Bożej z Lourdes. Wieczorem odmówiłem modlitwę do Matki Bożej z Lourdes i przyjąłem tych kilka kropli z mocnym postanowieniem, że udam się w nadchodzący poniedziałek do lekarza.

Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z postępującego, trwającego już trzecią dobę, zatrucia organizmu mocznikiem. W niedzielę, o godzinie 5.00, obudziłem się i kierowany niezrozumiałą wewnętrzną potrzebą, zadzwoniłem do szpitala w Międzylesiu, informując o trwającym 72 godziny zatrzymaniu moczu. W odpowiedzi usłyszałem, abym natychmiast zgłosił się na izbę przyjęć. Po odmówieniu Różańca świętego i przeczytaniu Ewangelii zorganizowałem opiekę dla mojej żony chorej na chorobę Alzheimera i ok. godziny 8 syn zawiózł mnie do szpitala. Był to w moim 74-letnim życiu pierwszy pobyt w szpitalu. Po założeniu cewnika, leżąc na izbie przyjęć, byłem do godziny 16 „wypłukiwany” z zalegającego w organizmie moczu. Wyniki analizy krwi wskazywały na możliwość ogólnego zatrucia i uszkodzenia nerek. Zostałem umieszczony na oddziale urologicznym i poddany następnym badaniom krwi oraz przygotowaniom do zabiegu dializy nerek. Jednak, ku zdziwieniu lekarzy, wyniki kolejnych badań pokazały, że parametry krwi wracają do normy i że nie ma zagrożenia sepsą urologiczną. We wtorek, 14 listopada, o godzinie 18 został wykonany zabieg cystostomii łonowej w celu odprowadzania z pęcherza moczu, zablokowanego w wyniku nadmiernego rozrostu gruczołu prostaty. Uświadomiono mi, że miałem dużo szczęścia, bo mogło dojść do nieodwracalnego uszkodzenia nerek, a nawet do śpiączki i śmierci, gdybym odłożył przyjście do szpitala o kolejny dzień. Rano w środę, 15 listopada, zostałem wypisany ze szpitala z zaleceniem rozpoczęcia, po 21 dniach, dalszego leczenia w przychodni urologicznej. Kiedy powróciłem do domu, zdałem sobie sprawę, że otarłem się o śmierć i że Opatrzność Boża mnie uratowała. (…).

Mija pierwszy rok mojego „uratowanego” życia (…). Zrozumiałem, że cud uzdrowienia mojego ciała został mi dany, abym używał go na chwałę Boga, dla dobra bliźnich i zbawienia duszy.

Kiedy 14 grudnia 2017 r. zgłosiłem się do lekarza urologa, (…) okazało się, po szczegółowym badaniu, że gruczoł prostaty jest w normie, a przyczyny zatrzymania moczu muszą być inne. Wówczas uświadomiłem sobie, że od dwóch tygodni nie odczuwam również bólów jelita grubego. Postanowiłem dla potwierdzenia usłyszanej diagnozy poddać się badaniu znanemu profesorowi urologii, ale dopiero po Nowym Roku oraz styczniowych nabożeństwach pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca. Podczas wizyty 12 stycznia 2018 r. profesor potwierdził, że prostata nie jest powiększona, a zatrzymanie moczu może wynikać z zakłóceń neurologicznych, które mogą być trudne do wykrycia i nie gwarantują wyleczenia dolegliwości. Stwierdził też, że w swojej długoletniej praktyce lekarskiej nie spotkał się z przypadkiem samoistnego zaniku tak znacznego przerostu prostaty. Tak więc cud uzdrowienia ciała został potwierdzony, a ja kontynuuję w zdrowiu i pokorze spotkania z Panem Jezusem i Najświętszą Maryją Panną w codziennych modlitwach, odmawianiu Różańca świętego i czytaniu Ewangelii oraz przyjmuję Komunię świętą podczas niedzielnych Mszy świętych i nabożeństw pierwszych piątków i sobót miesiąca, dziękując Bogu za daną mi szansę zbawienia duszy.

Andrzej Lichosik

„Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” – te słowa zapadły mi w serce w Niepokalanowie, gdy przeczytałam je w czasie zawierzenia siebie i rodziny w pierwszą sobotę września 2018 r.

Od wielu już lat pragnęłam pojechać do Niepokalanowa. Wiedziałam, że założycielem jest św. Ojciec Maksymilian Kolbe. Pragnęłam powierzyć Bogu przez ręce Maryi Niepokalanej i za wstawiennictwem św. Ojca Kolbego trudne sprawy mojej rodziny. Krótko przed wyjazdem na pielgrzymkę dowiedziałam się na badaniach od lekarza, że mam niepokojącą zmianę w lewej piersi – guz wielkości ok. 13 mm – i muszę koniecznie poddać się dalszej diagnozie. Od razu pomyślałam, że najpierw zacznę od Najlepszego Lekarza, którym jest sam Jezus Chrystus. Łaską Bożą uprzedzającą byłam już zapisana na pielgrzymkę i ta myśl dodała mi otuchy. Choć zapisując się na nią, miałam inną intencję, wiedziałam, że to nie jest przypadek. Od samego początku mojej podróży widziałam w towarzyszących mi wydarzeniach opiekę Maryi – to był dla mnie szczególny czas łaski! Oddawałam cały czas pielgrzymi ciągłej adoracji sercem przed Najświętszym Sakramentem w Kaplicy Wieczystej Adoracji.

Zamówiłam w tej intencji Mszę św. oraz wstąpiłam w poczet rycerzy Niepokalanej. Przez cały czas pobytu w Niepokalanowie czułam, że jestem na gościnie u Maryi i Jej wybranego syna św. Ojca Maksymiliana.

Po powrocie do domu, w czasie spotkania modlitewnego w kościele pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Gdańsku, poprosiłam jeszcze bliskie mi osoby z Grupy Uwielbienia Bożego Miłosierdzia o modlitwę wstawienniczą o uzdrowienie. Pierwsze kolejne badanie zostało wyznaczone w niedługim czasie po odprawionej Mszy świętej w intencji mojego zdrowia w Niepokalanowie, tj. 2 listopada 2018 r. Badanie mammograficzne w miejscu guza wykazało tylko łagodne zwapnienie, a następnie biopsja – zrazik tkanki tłuszczowej. Dziękuję Bogu za łaskę uzdrowienia.

Alicja Drawer, rycerka

W wieku 23 lat poznałam chłopaka, z którym zaszłam w ciążę. Nie znałam go bliżej i obawiałam się, co na to powiedzą rodzice. Chłopak zaproponował mi usunięcie ciąży, na co się nie zgodziłam. Poznałam rodzinę chłopaka i postanowiliśmy się pobrać. Wkrótce po ślubie urodziła się córka Izabela. Po pewnym czasie znowu zaszłam w ciążę. Mąż, nie chcąc kolejnego dziecka, postraszył mnie rozwodem i ja pod wpływem strachu usunęłam dziecko. Czułam się z tym źle i samotnie, dlatego też bardzo szybko szukałam ukojenia w sakramencie pokuty. Otrzymałam przebaczenie i życie toczyło się dalej. Rok później urodziła się druga córka Olga, już bez sprzeciwu męża. Wychowywałam dzieci w wierze samodzielnie, gdyż mąż nie chodził do kościoła. Mama męża była dobrą katoliczką, teściową i babcią, zaś tata przebywał w trzech obozach koncentracyjnych i był trochę niepoczytalny, po 25 latach małżeństwa odszedł od swojej żony. Pracowałam w przedszkolu i żyliśmy w zgodzie, jednak mąż trochę oddalił się ode mnie. Po pewnym czasie okazało się, że było to związane z problemami finansowymi, jakie miał przy prowadzeniu własnej działalności gospodarczej.

W wieku 39 lat po raz kolejny zaszłam w ciążę i wtedy mąż był na mnie bardzo zły i odsunął się ode mnie. Córki w wieku 12 i 14 lat obiecały mi pomóc. Byłam załamana. Przez cały okres ciąży mąż był jakby nieobecny, jednak gdy się dowiedział, że urodził się syn, bardzo się cieszył. Jednak po pewnym czasie wszystko wróciło do dawnego stanu. Było mi trudno, gdyż na męża wypłatę nie mogłam liczyć. Wychowywaniem dzieci i domem musiałam zająć się sama. Do tego doszły problemy ze zdrowiem. Miałam silne lęki, bałam się wiatru, burz i innych zjawisk, musiałam brać leki.

Gdy nasz syn miał 4 lata, moja najstarsza córka zaszła w ciążę ze starszym o 8 lat mężczyzną. Chciałam ją przyjąć do siebie, do domu, i pomóc wychować dziecko, aby w ten sposób wynagrodzić za nasz grzech, ale córka zdecydowała się poślubić tego pana. Poznałam jego mamę, która była dobrą kobietą i praktykującą katoliczką. Wkrótce po ślubie okazało się, że był człowiekiem nieodpowiedzialnym. Doszło do tego, że gdy córka urodziła drugie dziecko, to pewnej nocy musiała uciekać z dwójką dzieci, gdyż groziło jej niebezpieczeństwo. Córka zamieszkała z nami. Było bardzo ciasno. Do tego córka nie pracowała. Wkrótce przeszłam na emeryturę i zamieniłyśmy się rolami z córką. Ja zajęłam się dziećmi, a ona podjęła pracę. Nadal nie mogłam liczyć na pomoc męża. Po pewnym czasie córka się wyprowadziła. Ja zaczęłam udzielać się przy mojej parafii, dużo modliłam się i zawierzyłam się Niepokalanej. Córka poznała chłopaka, kawalera, który dużo jej pomagał. Bałam się, że się z nim zwiąże. Dowiedziała się, że ze względu na utajnienie pewnych faktów o rodzinie męża mojej córki można stwierdzić nieważność ich małżeństwa. Córka złożyła odpowiednie dokumenty i takie unieważnienie otrzymała. Teraz mogła ponownie i po Bożemu ułożyć sobie życie. W 2002 r. mój mąż ciężko zachorował. Okazało się, że jego nerki przestały pracować. I wtedy okazało się, że mąż nie płacił składek ZUS i nie jest ubezpieczony. Trzeba było jednak natychmiast podłączyć go do dializ. W tym czasie Matka Boża bardzo nam pomogła. W ciągu zaledwie dwóch tygodni udało się uzyskać legitymację ubezpieczeniową. W drodze do szpitala doszło do zatrucia organizmu. Stan męża był krytyczny, a wszystko dlatego, że musiał czekać dwa tygodnie. Modliłam się za męża i poprosiłam księdza, by poszedł do niego i zaproponował spowiedź. Ksiądz stwierdził, że nie było łatwo, ale ostatecznie mąż wyspowiadał się. Przyrzekłam Matce Bożej, że jeśli mąż przeżyje, to ja postaram się tak zmienić, by mąż mógł w moim postępowaniu zobaczyć miłość i miłosierdzie. Poprosiłam też, by Matka Boża znalazła mi duchowego przewodnika. I stał się cud. Mąż przeżył, a obok niego w szpitalu leżał kapłan, misjonarz. On prowadził męża duchowo w czasie pobytu w szpitalu. Podczas odwiedzin mąż sam zaczął mi nawet przypominać o godzinie Mszy świętej. Ten kapłan był wymodlony. Ten kapłan do dziś jest dobrym przyjacielem naszej rodziny. Mąż od tamtego czasu chodził ze mną do kościoła, ale miał problemy ze spowiedzią. Ciągle się za niego modliłam. Córka, jak pisałam, otrzymała unieważnienie małżeństwa, ale ślub postanowiła wziąć tylko w obecności świadków. Nie wiedziałam o ślubie, jednak Matka Boża natchnęła mnie, by pójść na wieczorną Mszę świętą i dłużej zostać w kościele. W ten sposób byłam świadkiem ślubu córki.

Mąż w grudniu ubiegłego roku, jadąc karetką do szpitala na dializy, uległ wypadkowi. O tym, że ucierpiał, dowiedziałam się w lutym, kiedy nastąpił atak padaczki i okazało się, że u męża w mózgu zrobił się krwiak. Mąż przestał chodzić i był w ciężkim stanie. Bardzo mocno modliłam się za niego. Poprosiłam kapelana szpitala, by poszedł do męża i zaproponował mu spowiedź. Mąż wyspowiadał się. Było to w wigilię święta Matki Bożej z Lourdes. W maju krwiak zmniejszył się i mąż czuł się na tyle dobrze, by móc uczestniczyć w święceniach kapłańskich naszego wnuka oraz we Mszy świętej prymicyjnej. Ponieważ mąż był zadłużony w ZUS, to komornik zabierał jego emeryturę oraz pobierał sporą część z mojej emerytury. Trwało to kilka lat. Pisałam wnioski i odwołania, ale nasz dług tylko rósł. Zawierzyłam tę sprawę Matce Bożej i okazało się, że jakąś decyzją prezydenta wszelkie zaległe długi firm zostały umorzone. Mąż skorzystał z tego zapisu i ponad 30-tysięczny dług został umorzony. Mąż odszedł do Pana po długiej chorobie. Przyjął sakramenty święte. Przez wiele dni trwaliśmy przy jego łóżku, modląc się za niego i wraz z nim. To był dla naszej rodziny szczególny czas. Matka Boża dała łaskę przygotowania się do śmierci dla mojego męża oraz dla nas.

W 2014 r. syn poznał dziewczynę i przyprowadził ją do naszego domu. Dziewczyna nie miała gdzie się podziać. Przez pewien czas mieszkała z nami, a my ją utrzymywaliśmy. Po pewnym czasie poszła na kurs i znalazła pracę. Modliłam się, aby młodzi – jeśli jest taka wola Boża – zawarli związek małżeński. Tak też się stało. Dziś mają już synka i żyją w zgodzie.

Łask, które otrzymaliśmy, jest bardzo dużo. Z perspektywy czasu widzę, jak mocno prowadziła nas i naszą rodzinę Niepokalana i za to chcę podziękować.

Krystyna

W 2014 r. wykryto u mnie guza pęcherza moczowego, usunięto go i poddano badaniu. Wynik badania potwierdził, że to rak pęcherza o małej złośliwości. Jednak zaczęły powstawać nowe i było ich coraz więcej. Wykonano pięć kolejnych operacji z takim samym wynikiem.

W marcu 2018 r. odbyła się kolejna operacja, ale tym razem wynik badania histopatologicznego potwierdził, iż guz przekształcił się w nowotwór o bardzo dużej złośliwości. To było dla mnie jakby wyrok. Żona powiedziała mi, żebym oddał się całkowicie Bogu i Matce Boskiej i zawierzył wszystko Jezusowi i Niepokalanemu Sercu Maryi. Rozpoczęliśmy odmawiać Nowennę Pompejańską, gdy mój stan się pogorszył i jeszcze raz trafiłem na stół operacyjny.

Po zabiegu pojechaliśmy z żoną na wakacje. Odwiedziliśmy Niepokalanów, Sandomierz i Kalwarię Zebrzydowską, cały czas modląc się i odmawiając już część dziękczynną Nowenny, głęboko wierząc – mimo że mój stan był zły. Po powrocie odebrałem wyniki ostatniego badania – raka nie ma. Lekarz był bardzo zdziwiony, ponieważ był przekonany, że usuwał komórki raka. Objawy nagle zaczęły szybko ustępować. Listopad – kolejne badanie – nowotwór nieaktywny. Styczeń 2019 r. – kolejne badanie – nowotwór nieaktywny. To cudowne uzdrowienie zawdzięczam Najświętszej Maryi Pannie.

Piotr Pawelczak

W 1968 r. moja znajoma Ula została poddana pokazowej operacji zwężenia tętnicy płucnej. Operacja przebiegła pomyślnie i Ula została zapewniona przez lekarzy, że spokojnie może żyć przynajmniej 20 lat. W grudniu 1981 r. Urszula wyjechała z konkubentem do Nowego Jorku z nadzieją na dalsze leczenie. Miała też wyjść za mąż, jednak to nie nastąpiło. W 1988 r. została poddana operacji trepanacji czaski oraz wymianie zastawki w sercu. Po tych operacjach zaczęła też leczyć się onkologicznie. Ula bardzo cierpiała. Mimo nalegań, jej konkubent nie chciał zgodzić się na ślub. Okazało się, że jest już żonaty. Mimo choroby Uli, mężczyzna żył na jej koszt. Okazało się, że nawet bił ją, jednak nasze prośby, by od niego odeszła, nie dawały rezultatu. Ula nie mogła też wrócić do Polski, gdyż nie miała na to wystarczających funduszy. Od kilku lat prosiłyśmy ją, by skorzystała z sakramentu pokuty, ale Ula miała straszną blokadę. Podsyłałyśmy jej „Rycerza”, dałyśmy Cudowny Medalik oraz prosiłyśmy o modlitwę za nią. I stał się cud. W listopadzie ubiegłego roku, z pomocą sąsiadek, Ula przystąpiła do sakramentu pokuty.

Maria K.

Chciałabym podziękować Matce Najświętszej, św. Janowi Pawłowi II, św. Ricie, słudze Bożemu ojcu Dolindo za opiekę, w szczególności za pomoc dla syna w obronie pracy magisterskiej o odbudowie organizacji kościelnej za czasów Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmiałego. Inspiracją do napisania tej pracy był artykuł „Kazimierz Odnowiciel – w 1000-lecie urodzin”, który ukazał się na łamach „Rycerza Niepokalanej” w listopadzie 2016 r. Promotor długo nie chciał dopuścić tej pracy do obrony. Do każdego niemal zdania miał zarzuty. Nie podpowiedział jednak, co można zmienić. W końcu oddał syn pracę do korekty. Korektor też stwierdził, że praca jest dobra. Nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Pozostała nam tylko modlitwa. Prośby nasze zostały wysłuchane. Obrona zakończyła się pomyślnie.

Ufam, że Matka Boża ma nas cały czas w swojej opiece, a te przeszkody były tylko po to, aby nas wzmocnić. Za to i wszystkie otrzymane łaski dla syna i całej mojej rodziny dziękuję Niepokalanej.

Krystyna Mrozińska-Antolak

Mój syn, sportowiec, zapoznał przed laty dziewczynę, w której się zakochał, ale znajomość ta obfitowała w liczne kłótnie i nieporozumienia. Zwróciłam synowi uwagę, że to nie daje podstaw do założenia rodziny. Pewnego dnia dziewczyna, która pracowała jako barmanka, przyszła do naszego domu pod wpływem alkoholu i bardzo przeklinała. Musieliśmy wyprosić ją z domu, ale mimo tego zajścia jej znajomość z synem nadal trwała. Wówczas z mężem postanowiliśmy modlić się na Różańcu, prosząc Niepokalaną o rozwiązanie tej trudnej sytuacji. W tym czasie cała nasza rodzina należała już do Rycerstwa Niepokalanej. Wierzę, że Matka Boża nas wysłuchała. Związek w pewnym momencie się rozpadł, a syn ożenił się z inną dziewczyną. Są szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci.

Pragnę również podziękować za zdrowie naszego wnuka. Gdy miał 11 miesięcy, zachorował i przez kilka dni temperatura jego ciała wynosiła 39 stopni. Leki nie pomagały. Obiecałam Matce Bożej, że jeśli dziecko wróci do zdrowia, to ja będę codziennie odmawiać pierwszą tajemnicę Różańca świętego. Z chwilą podjęcia tej obietnicy dziecko wróciło do zdrowia. To upewnia mnie w przekonaniu, że modlitwa różańcowa ma ogromną moc.

Zofia Sz.

Bogu w Trójcy Jedynemu za wstawiennictwem Matki Najświętszej dziękuję za dar życia i zdrowia mojej córki Anny. Kilka miesięcy temu Ania zachorowała i wszystkie symptomy choroby wskazywały na guza mózgu. Gorąco prosiłam Boga o zdrowie dla córki. Obiecałam złożyć podziękowanie na łamach „Rycerza Niepokalanej”. Ostatnie badania rezonansem nie wykazały żadnych zmian chorobowych.

Alicja M.

Kilkanaście lat temu przechodziłam na emeryturę. Po złożeniu dokumentów czekałam na odpowiedź. Sprawa była dość skomplikowana, dlatego obiecałam, że złożę podziękowanie na łamach „Rycerza”. Emeryturę otrzymałam, a obietnicę podziękowania spełniam dopiero dziś, po wielu latach, za co przepraszam Matkę Najświętszą.

Rycerka Niepokalanej

Mam 71 lat. Do Rycerstwa Niepokalanej należę od 7 października 2009 r. Długo trwało, zanim zabrałam się do zrealizowania mojej obietnicy złożonej Matce Bożej, co czynię na łamach „Rycerza Niepokalanej”. Od dziecięcych lat noszę Cudowny Medalik, a 16 lipca 2011 r. przyjęłyśmy wraz z córką Szkaplerz. Przez całe życie prowadzi mnie Matka Boża. W pokoju dziecięcym wisiał obraz Matki Bożej Częstochowskiej, ja wpatrywałam się w „cięte rysy dwie”.

W wieku 18 lat zachorowałam, na szyi wyszedł mi guz wielkości kurzego jajka. Mama zabrała mnie do Poznania do słynnego profesora doktora Drewsa. Zbadał mnie, a mamie na osobności powiedział, że to złośliwa różyca, czyli białaczka w tamtych czasach nieuleczalna. Wieczorem byłyśmy na Mszy świętej, przyjęłyśmy Komunię. Całą noc przepłakałyśmy, rano też poszłyśmy do kościoła na Mszę świętą i do Komunii. Rodzina też się modliła. Na następnej wizycie, gdy profesor Drews nakłuł guza, by pobrać z niego wymaz, poleciała ropa. Profesor stwierdził, że nie jest tak źle, jak myślał, i że jest jeszcze jeden mniejszy guzek. Okazało się, że to gruźlica węzłów chłonnych. Jestem przekonana, że to Matka Boża zmieniła ten straszny wyrok. Przeszłam operację usuwania guzków. Jeden mi wycięto. Drugiego lekarze nie mogli znaleźć i go zostawili. Wysłano mnie do sanatorium w Dziekanowie Leśnym. Koleżanki z pokoju mnie prześladowały, biły mnie wieszakami, wieszały mi swoją brudną bieliznę za to, że odmawiam Różaniec, że się modlę, wyśmiewały się z książeczki do nabożeństwa. Ja się nie poddałam, modliłam się dalej. Gdy wróciłam do domu, po dwóch tygodniach blizna pękła. Trafiłam z powrotem do szpitala w Chodzieży. Przeszłam kolejną operację. Usunięto mi drugiego guza. Wszystko się zagoiło, choroba nie wróciła.

Chcę nadmienić, że Cudowny Medalik i Szkaplerz noszę ja, mąż i córka. Czujemy opiekę Matki Bożej. Ja dużo razy upadałam i nic sobie nie zrobiłam. Miałam ciężki upadek na działce ROD. Klapa od piwnicy w podłodze była otwarta, upadając, wleciałam do wlotu, nie wiem, jak udało mi się zaprzeć rękoma i nogami, że nie wleciałam do środka. Mąż z córką mnie wyciągnęli. Wiem, że to Matka Boża mnie podtrzymała, nie pozwoliła mi się połamać albo zabić. Drugi raz upadłam w domu prosto na głowę. Skończyło się tylko na szoku, który minął. Kolejnym razem przez pomyłkę włączyłam popsuty piecyk w łazience. Doszło do wybuchu. Jakimś cudem nic mi się nie stało. Ogień mnie nawet nie objął. Czuję że Matka Boża okrywa mnie i moją rodzinę płaszczem.

W 2016 r. okulista stwierdził u mnie początek zaćmy. Pod koniec 2018 r. w lewym oku pojawił mi się czarny punkcik, który podczas patrzenia latał. Bałam się, że będę musiała mieć operację, a mam chore serce i cukrzycę. Bałam się ryzyka. Wizytę miałam dopiero w marcu 2019 r. Cały czas odmawiałam z książeczki Nowennę do św. Tadeusza Judy. Okazało się, że zaćma się nie posunęła, a takie coś jak punkcik w lewym oku pojawia się z wiekiem. Dostałam tabletki na rozpuszczenie.

Mąż pracował na budowie. Pewnego dnia, gdy wychodził z pracy do domu, podszedł jak zawsze do bramy, chciał ściągnąć drut-skobelek, żeby wyjść, ale coś go tchnęło, że nie będzie się tu bawił z tym skoblem, tylko wyjdzie furtką tyłem. Zdążył odejść. W tym momencie wjechał w bramę rozpędzony samochód ciężarowy. Dzisiaj byłabym wdową, a córka nie miałaby już ojca.

Gdy pracował na parkingu samochodowym ze sprzedażą, poślizgnął się i przewrócił na skrzynki z piwem. I tym razem obyło się bez złamania, skończyło się tylko silnym stłuczeniem żeber.

Na działce wybuchła butla z gazem. Mąż był w środku niewielkiej altanki, zdążył butlę wyrzucić na dwór. Nikomu nic się nie stało. Kolejny raz Matka Boża okryła nas swoim płaszczem.

Pewnej zimy córka wracała rano z pracy. Jak zawsze wstąpiła po drodze do kościoła, by się pomodlić. Gdy później przechodziła przez pasy, na oddalone o parę metrów rondo wjeżdżał samochód. Córka i jeszcze jedna kobieta weszły na pasy, jednak ten samochód wyjechał z ronda z taką prędkością, że w ułamku sekundy znalazł się przy pasach i w jakiś niewiarygodny sposób zatrzymał się jak wryty przy nogach córki. Jakaś niewidzialna cudowna ręka zatrzymała go na granicy życia i śmierci co do milimetra. Bardzo dziękuję Matce Bożej i Opatrzności Bożej za tak cudowną opiekę.

Lucylla

W maju 2018 r. zdiagnozowano u mnie ostrą białaczkę limfoblastyczną. Z uwagi na powikłania po pierwszym cyklu chemii (IV stopień) nie podano drugiego i trzeciego. Jednocześnie okazało się że nie ma dla mnie na całym świecie dawcy szpiku. Podjęto zatem decyzję o przeszczepianiu szpiku od syna (tzw. przeszczep haplozgodny – w 50%). Niestety w badaniach wyszło, że mam w swojej krwi przeciwciała, które kolidowałyby ze szpikiem syna i pomimo wdrożonej próby ich eliminacji nie dało się ich zlikwidować.

W sierpniu obejrzałam na youtube krótką konferencję ojca o zawierzeniu się Niepokalanej, w której ojciec powiedział, że jeśli ktoś odda się Maryi, to wszystkie ważne sytuacje w jego życiu dzieją się w Jej święta. 16 września przyjechałam do Niepokalanowa i tam wraz z mężem oddaliśmy się całkowicie w Jej ręce. Byłam już pogodzona z tym, że czas mój dobiega końca – poddałam się całkowicie woli Boga.

W trzecim dniu od zawierzenia zespół transplantologów z kliniki, po naradzie, podjął się próby przeszczepu szpiku od dawcy niezgodnego w 2 genach (takich przeszczepów praktycznie się nie wykonuje, gdyż są obarczone bardzo dużym ryzykiem). A właściwie podjęła się jedna tylko doktor, która od początku do chwili obecnej mnie prowadzi.

Przeszczep został wyznaczony 21 listopada. Pomyślałam, że szkoda, że nie w jakieś święto Matki. Dopiero jedna z zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych, słysząc datę przeszczepu, wykrzyknęła, że to przecież święto Ofiarowania Matki Bożej, że jest to też święto sióstr klauzurowych. A w rozmowie telefonicznej z ojcem uzyskałam dodatkową informację, że tego dnia właśnie św. Maksymilian Kolbe przyjechał budować Niepokalanów. Przygotowania do przeszczepu, sam przeszczep i czas po nim przebiegł bez żadnych powikłań. Wyszłam ze szpitala planowo, po trzech tygodniach od przeszczepu i choć potem wracałam na oddział dwukrotnie z małymi problemami, to przechodziłam ten czas nadzwyczaj dobrze.

W dziejach kliniki krakowskiej mój przeszczep był drugi pod względem trudności od chwili jej powstania. Przeszczep jeden z trudniejszych w Polsce. Pomimo dwugenowej niezgodności, nie mam obecnie większych powikłań, aktualnie nie mam też genu, który spowodował u mnie białaczkę. Żyję i czuję się coraz lepiej. Wszystko dzięki Bogu i naszej Matce. I choć nie wiem, jaki będzie następny dzień i ile jeszcze Pan wyznaczył mi tu czasu, dziękuję z całego serca Bogu, że pozwolił mi dożyć dnia dzisiejszego i błagam Go o jeszcze więcej czasu. To moje świadectwo, proszę nieustannie o modlitwę, wołajcie tam za mną do Nieba! Bóg zapłać!

Alina Keller z Krakowa

Obiecałam podziękować na łamach „Rycerza Niepokalanej” za łaski otrzymane za wstawiennictwem ojca Wenantego Katarzyńca i teraz to czynię. Syn był w szpitalu i nie dawano szansy na jego szybki wypis, 2-3 miesiące? Brat prenumeruje „Rycerza Niepokalanej” i po przeczytaniu zawsze daje mnie. W tym numerze był obrazek ojca Wenantego z modlitwą za Jego wstawiennictwem i artykuł. Pomyślałam, czemu nie spróbować, choć to jeszcze nie święty, poleca i wskazuje go sam Maksymilian Kolbe. Od razu rozpoczęłam nowennę wraz z koronką zawierzenia ojca Dolindo.

Odpowiedź była NATYCHMIASTOWA! Pamiętam, iż w tym artykule była wzmianka, że ojciec Wenanty wysłuchuje natychmiast. Dziś daję świadectwo, że to prawda. Z dnia na dzień otrzymaliśmy informację, że stan syna jest stabilny i po miesiącu otrzymał wypis. Rozpoczęłam też modlitwę o pracę, ponieważ przez chorobę syn otrzymał wypowiedzenie z pracy. Znowu ojciec Wenanty natychmiast pomógł. Zanim ukończyłam nowennę, ktoś mojej teściowej powiedział o wolnym etacie w zawodzie syna. Jeszcze w dniu wypisu syn pojechał w tej sprawie: został przyjęty i zatrudniony, i to na lepszych warunkach niż wcześniej. Czy to przypadek? To wielka łaska za wstawiennictwem ojca Wenantego, On naprawdę działa NATYCHMIAST. Dziękuję po tysiąckroć za te i inne łaski.

Odmawiam Nowennę Pompejańską o cud całkowitego uzdrowienia syna i dobrą żonę. Wierzę, że dla Boga przez Maryję wszystko jest możliwe. I choć trudno czasami, często powtarzam za s. Faustyną: dziękuję Ci, Panie, za pokrzyżowanie moich planów, Ty widzisz dalej i wiesz, co dla nas najlepsze. Bądź wola Twoja, ufam Tobie, myślę o Tobie, oddaję się Tobie przez ręce Niepokalanej.

Matka