Antidotum

Opowieści z lasu. Odcinek XVII

A proszę sobie sprawdzić na mapie jakiejś. Konigórtek jest? Ano jest. Koło Rytla? Ano koło Rytla. Czy mieszka w nim pustelnik jakiś? A nie wiem. A przynajmniej nie wiem, czy mieszka w lesie koło Konigórtka jakiś taki prawdziwy, trójwymiarowy pustelnik. Wiem natomiast, że mieszka tam fikcyjny bohater naszego cyklu opowiadań, Abba Włodek. Niby fikcyjny i wymyślony, ale dość realny i jakoś tam statystycznie prawdziwy. Bo to, co mu się wydarza w życiu, i to, o czym mówi, to jakiś wspólny mianownik naszych historii, jakiś ekstrakt tego, co i nam się czasami zdarza. W poprzednim odcinku Abba Włodek minął się z Amelią, „Rudą piękną”, co to chciała do niego z sernikiem przyjechać. A minął się z nią, bo sam chciał ją odnaleźć i wybrał się na wyprawę do proboszcza Zwierzaka z Funki, po informacje, ale że po drodze spotkał autostopowiczów, to zajechał prawie pod Bydgoszcz, choć w planach była i Szklarska Poręba. Wracając, spotkał kolejnych autostopowiczów, którzy jechali do Małych Swornychgaci.

Stara panda z napędem na cztery koła zbliżała się do Chojnic. Wjeżdżających do miasta witały wielkie billboardy, z których miejscowy klub piłkarski ogłaszał wszem
i wobec, że jest szczęśliwy, bo wrócił do
I Ligi. Włodek gaworzył z autostopowiczami. Podobnie jak poprzednia dwójka chłopaków, których zabrał rano, również i ta miała marzenia o wojsku, o służbie w Wojskach Specjalnych. I z tego właśnie powodu wybierali się do Małych Swornychgaci, gdzie major Gwóźdź, były żołnierz Wojsk Specjalnych, organizował szkolenie, przygotowujące do selekcji. Włodek powiedział chłopakom, że zawiezie ich do celu, postanowił bowiem spróbować w końcu spotkać Amelię, która według ostatnio pozyskanych informacji mieszkała w Bachorzu. A z Bachorza do Małych Sworów to przecież rzut beretem.
Dojechali do Małych Sworów (miejscowa ludność rzadko używała pełnej nazwy miejscowości, czasami mówiono po prostu, że się jedzie do „Małych” albo do „Dużych”
i już wszyscy wiedzieli, o co chodzi). Chłopaki zameldowali, że zbiórka ma być na plaży przy moście zwodzonym, Włodkowi nigdzie się nie spieszyło, pojechał więc w kierunku mostu. Zaparkował przy sklepie, chłopaki wykaraskały się z pandy, wzięli plecaki. Włodek postanowił, że odprowadzi ich na plażę.
Na miejscu zbiórki było już kilka osób, wyglądających podobnie jak ci, których zabrał na stopa. Ubrani jak do lasu, wyposażeni w plecaki.
– Wy na szkolenie? – Pytanie zaatakowało ich znienacka, wyskoczyło zza ich pleców. Należało do kobiety, która mogła mieć około 40 lat. Ubrana była po wojskowemu, w ręku trzymała notatnik.
– Tak, my na szkolenie – odpowiedzieli młodzieńcy.
– Helena Gwóźdź. Major Helena Gwóźdź. – Kobieta na powitanie uścisnęła dłonie całej trójki. – Numer nadany przy rejestracji na szkolenie poproszę.
Chłopaki wyrecytowali jakieś długaśne numery. Chyba byli zaskoczeni, że szkolenie organizowane jest przez kobietę, a nie mężczyznę.
– Pana numer poproszę – zwróciła się do Włodka.
– Ja nie na szkolenie, ja tylko chłopaków podrzuciłem. – Włodek odpowiedział na pytanie i dopiero po chwili się złapał na tym, że czuje się jak uczeń wywołany do tablicy.
– To ja dziękuję za pomoc. Dobrego dnia życzę. – Major Helena pożegnała w grzeczny i stanowczy sposób Włodka, wskazała chłopakom drogę i odmaszerowała.
Włodek pomyślał sobie, że chłopaki nie będą mieli łatwo na tym szkoleniu, ale że na pewno nie zmarnują czasu. Postawa pani Major nie pozostawiała miejsca na dyskusje, sprzeciw czy wątpliwości. Pomyślał sobie również, że chłopaki nie odrobili do końca zadania domowego i nie przeprowadzili działań wywiadowczych, skoro byli zaskoczeni, że pani Helena okazała się panią Heleną, a nie na przykład panem Świętosławem czy Mironem.
Włodek wsiadł do pandy i skierował się do Bachorza. Z pozyskanych informacji wynikało, że Amelia mieszka koło leśniczówki. Koło leśniczówki, o ile dobrze pamiętał, stały dwa domy, więc nietrudno będzie ją zlokalizować.
Panda minęła Strużkę i wjechała na długi, prawie kilometrowy, niemal idealnie
prosty odcinek drogi, prowadzący do Bachorza. Odcinek kusił miłośników szybkiej jazdy, bo był jednym z niewielu, gdzie można by było ewentualnie nieco się rozpędzić na trasie z Chojnic do Małych Swornychgaci. Włodek znał jednak trasę i wiedział, że nie ma tutaj co szaleć, bo sporo grzybiarzy, rowerzystów, wędkarzy i o nieszczęście nietrudno.
Zbliżał się do Bachorza. W lusterku zobaczył zbliżające się dość szybko potężne auto. Rozpędzony samochód wyprzedził pandę. Włodek mruknął sam do siebie:
– Oj, chłopie… bo jakieś nieszczęście spowodujesz… Kto to widział, żeby 150 km/h przez las jeździć…
Nie zdążył dokończyć myśli. W powietrzu rozległ się pisk opon, uderzenie, jakiś łoskot. A potem znowu pisk opon zmieszany z wyciem silnika. Panda w międzyczasie dojechała do miejsca zdarzenia. Na ulicy leżał pokiereszowany rower, na poboczu leżała jakaś postać. Samochód, który przed chwilą go minął, znikał w oddali.
Włodek zatrzymał pandę w odpowiedniej odległości, włączył światła awaryjne, wyłączył silnik, a kilka sekund później miał już ustawiony na drodze trójkąt ostrzegawczy
i biegł w stronę leżącej postaci.
Włodek zauważył, że i na przeciwnym pasie dzieją się podobne wydarzenia. Samochód jadący z przeciwnego kierunku, którego kierowca też słyszał, a może i widział, co się stało, zatrzymał pojazd i zabezpieczał miejsce wypadku. Włodek w duchu podziękował Panu Bogu, że jest ktoś jeszcze, i miał nadzieję, że wspólnie z kierowcą drugiego pojazdu jakoś dadzą sobie radę z udzieleniem pomocy.