Cham z prosektorium i dziwny sposób na ulgę w cierpieniu

Opowieści z lasu. Odcinek XX

Abba Włodek – tak się nazywa nasz fikcyjny bohater, który mieszka sobie w Konigórtku, ma chatkę nad Brdą i ludziom wydaje się pustelnikiem. Wydaje się pustelnikiem chyba głównie dlatego, że przy chatce jest mała kapliczka, do której można sobie wejść i się pomodlić. A może i dlatego, że Abba Włodek posłucha, jak trzeba, jak trzeba, to coś nawet powie, a jak mus, to i nic nie powie. A pewnie i dlatego się pustelnikiem wydaje, bo ludziom pustelników potrzeba. Bo to wiadomo: taki pustelnik to nieco bliżej Pana Boga, więc jak już coś o Panu Bogu powie, to tak jest i już. A ludziom potrzeba czasem wiedzieć, że Pan Bóg dobry. Że kocha. Że się nie złości. Że jest blisko. Jak ludzie, których podsyła. A potrzeba im to wiedzieć szczególnie wówczas, gdy cierpią.

Listopadowy las w okolicach Rytla nie jest lasem spektakularnym. Jak jest zielony latem, tak i jest zielony zimą. Tylko iglaste cudaki – modrzewie – wyłamują się z grupy i przestają być zielone, ale nie jest ich zbyt wiele. A zatem i w listopadzie, mimo modrzewiowego buntu, jest zielono.
Włodek siedział w chatce, pochylony nad tłumaczeniem jakiejś absurdalnej instrukcji obsługi odkurzacza. Czasami jego zleceniodawca podsyłał mu tak dziwaczne rzeczy, że nie wiedział, skąd zacząć tłumaczenie, ale ponieważ było to jedno z jego głównych źródeł utrzymania, to tłumaczył, co podesłano. Wolał oczywiście tłumaczyć książki przygodowe, ale jego zaprzyjaźnione wydawnictwo przygotowywało ostatnio nieco mniej podobnych pozycji. Inflacja, kryzys, cena węgla. Trzeba będzie poczekać na lepszy dla książek czas.
Zadzwonił telefon. Dzwonił proboszcz Zwierzak. Nie był to dobry znak, bo kilka dni temu proboszcz Zwierzak pojechał z pielgrzymką do Rzymu i zabrał ze sobą sporą grupę osób.
– Włodku kochany! – Głos Zwierzaka zabrzmiał dość nieciekawie. Była w nim mieszanka przerażenia i bezradności.
– Buona sera, Proboszczu. Czy wy z Rzymu do mnie czasem nie dzwonicie?
– Ano dzwonicie. Włodku kochany! Awaria. Kompletna awaria!
– A cóż się takiego stało?
– Pan Janek, brat pani Amelii, nogę złamał. Amelię, panie Włodku, znasz, pana Janka pewnie też. Kostkę złamał, złamanie
z przemieszczeniem, wielokrotne.
– Gips?
– Gorzej. Gips i szpital, i mówią, że nie ma co, trza operować i dopiero jak mu śruby
zamontują, to będzie mógł lecieć.
– Jak mogę pomóc? – Włodek przypuszczał, że ks. Zwierzak nie dzwoni jedynie, aby się wygadać, a nie chciał, żeby czuł się niezręcznie, więc zrobił pierwszy krok. Tym bardziej że imię Amelii otworzyło w jego sercu i umyśle jakieś skrzynki z dobrocią i gotowością do niesienia pomocy.
– A nie zechciałby pan Włodek wybrać się do Rzymu? Pana Janka pewnie tu z tydzień jeszcze potrzymają. Potem pewnie ktoś mu się przyda, żeby pomóc na lotnisko czy co… żeby go do Polski pomóc przetransportować. Pani Amelia ma urlop jedynie jeszcze przez trzy dni, do końca naszej pielgrzymki, potem musi wracać do pracy. Dzieci pana Janka są na stażu w Japonii, ja muszę ogarnąć pielgrzymów. Nasze Biuro pielgrzymkowe kogoś tam by zapewniło, w razie wojny, ale jak swój człowiek, to swój. A z przyjaciół i kolegów pana Janka oczywiście nikt włoskim nie włada.
– Ale mnie Proboszcz zaskoczył… ale…, no dobrze. Poszukam jakiegoś transportu
i odezwę się, jak już będę wiedział, co i jak. – Włodek uznał, że prośba jest tak szalona, że warto na nią odpowiedzieć.
– Super! My tu wszystkie koszty pokryjemy…
– Potem się dogadamy. Zabieram się za szukanie transportu.