Jak rozpoznać, czy przyjaźń jest autentyczna, czy pozorna?

„Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły” – napisał w swojej fraszce pt. Przyjaciele bp Ignacy Krasicki (ten wybitny poeta był zarazem biskupem, o czym rzadko się pamięta).

Wiersz ilustruje pozorną przyjaźń. Trzeba sprawdzić ją dosłownie „w biedzie”, gdyż przyjaciel jest gotowy wspólnie z nami cierpieć. Dzieląc się z nim naszym nieszczęściem, odczuwamy ulgę. A przyjaciel? Niestety również nieco cierpi i stresuje się, ale nie aż tak bardzo jak my sami. Dlatego ten mechanizm obrony przed stresorami ma w życiu tak duże znaczenie.
W sumie, dzieląc jakieś kłopoty z przyjacielem, zwykle „wychodzimy na swoje”.
W sprawie przyjaźni jest pewna psychologiczna zagadka, a mianowicie: jeśli jacyś ludzie są w czymś dobrzy, na przykład są zdolnymi wędkarzami, to z konieczności psychologicznej z sobą rywali­zują, podobieństwo odsuwa ich od siebie. A już od czasów starożytnych uważano, że przyjaźń opiera się na czymś, co jest podobnie zrealizowane w dwu osobach (filozofowie mówią o czymś takim: „podobna aktualizacja”). Zatem powinniśmy się cieszyć, jeśli nasz przyjaciel jest równie dobrym wędkarzem, jak my sami. A tu niespodzianka – irytuje nas ta jego doskonałość. Ta psychologiczna obserwacja jest ważna, bo ujawnia duchowy, niematerialny charakter przyjaźni. I w przyjaźni są uczucia, ale nie one decydują. I tak jednocześnie nasze materialne władze są „niezadowolone” z podobieństwa i zalecają rywalizację, a władze niematerialne (intelekt
i wola) odwrotnie – zalecają związek ze względu na to, co w obu osobach podobne (zaktualizowane). I możemy się wspólnie cieszyć podobnymi zainteresowaniami, podobnym rozumieniem świata, podobnym spojrzeniem na wiele spraw. Z przyjacielem można bezpiecznie porozmawiać o tym, co nas nurtuje. Jest do nas podobny, więc zrozumie.
To napięcie w przyjaźni ujawnia jeszcze coś. Jest ona jedną z najczęściej spotykanych postaci miłości. Trudno o bardziej rozmaicie rozumiane słowo niż „miłość”. Zatem trzeba wyjaśnić, że jest ona relacją osobową, czyli reakcją naszego ducha na realność drugiej osoby. To bardzo ważne, a tak mało znane – miłość opiera się na istnieniu Drugiego. Gdy czytamy lub mówimy: „Bóg jest Miłością”, to tak, jakbyśmy jednocześnie wskazywali na to, że jest pełnią Istnienia. Miłość jest odpowiedzią na istnienie, na realność. Filozofowie mówią w uczony sposób: „Miłość jest zareagowaniem intelektu na transcendentale realności jako przejaw aktu istnienia bytu”. Prawdziwa definicja, chociaż zabawna, prawda? Można ją streścić: „Kochamy, bo ktoś JEST”. I to wystarczy.
W przyjaźni wiążemy się z kimś, bo ten ktoś JEST i mamy możliwość zachwycania się jego istnieniem. Oczywiście bierzemy pod uwagę jego wyposażenie, to, co osiągnął, jak wygląda, na ile jest sprawny itd., itd. Ale przede wszystkim cieszymy się, że oprócz nas na świecie KTOŚ JEST. W sposób genialny ukazał to literacko Daniel Defoe, autor powszechnie znanej powieści pt. Przypadki Robinsona Crusoe. Opisuje tam samotność rozbitka na bezludnej wyspie. W zasadzie ni- czego mu nie brakuje: zbudował schronienie, wyspa obfituje w żywność, znalazł skrzynię z narzędziami z jakiegoś wraku i doskonale się urządził. Ma też oswojoną papugę i psa. Jednak wciąż odczuwa samotność. Pewnego dnia na jego wyspę docierają tubylcy
w swych łodziach. Na plaży zostawiają ślady obecności, dość makabryczne, bo resztki uczty ludożerców. I ślad na piasku: ślad ludzkiej stopy. Nad tym śladem pochyla się nasz rozbitek i wprost szaleje – jest jakiś człowiek oprócz niego! Człowiek!
To tubylec, którego ratuje przed zjedzeniem i stopniowo się dogadują. Robinson nazywa go Piętaszkiem. Rozwija się wielka przyjaźń. Rozbitek już nie jest sam! Wszelkie odmienności Piętaszka idą na bok wobec faktu, że po prostu JEST.
Trudno mi orzec, czy Daniel Defoe studiował filozofię, ale ujął w sposób genialny istotę relacji osobowej miłości w postaci przyjaźni. Jest tych odmian miłości dużo, ale wystarczy napisać, że nie ma bardziej uniwersalnej (pasującej do wszystkiego i wszystkich) relacji osobowej miłości niż przyjaźń. To miłość bezpieczna, nie konsumuje swego obiektu. Trwa i chroni, piękna…
Dla starożytnych Greków była szczytem ludzkich dążeń, naczelnym ideałem. Wiele było w ich poglądach pomyłek, mylenia miłości erotycznej i przyjaźni, ale, tak czy owak, cenili przyjaźń najbardziej ze wszystkiego.
Czy Pan Jezus z kimś się przyjaźnił? Tak, mamy w Ewangeliach wiele świadectw, że darzył przyjaźnią wielu ludzi, jak na przykład Łazarza, którego wskrzesił. Ale przecież widzimy tę podstawową zasadę w niezliczonej liczbie czynów Jezusa, gdy uzdrawia, uwalnia od zła, a nawet przywraca życie. Bez życzliwości wobec ludzi tego by nie czynił. To nawet piękniejszy obraz przyjaźni niż opisy Seneki czy innych myślicieli. Może nie będzie nadużyciem, gdy stwierdzimy, że Jezus darzy przyjaźnią wszystkich ludzi wszystkich czasów? Jednak, aby taka przyjaźń rozkwitła, musi być odpowiedź z naszej strony. Czasem niełatwa, gdy warunki tej przyjaźni z Bogiem wydają się nam trudne. Jeżeli jednak ktoś od­kryje taką przyjaźń Pana Jezusa, to już
niczego innego mu w życiu nie potrzeba: „Bóg mój i wszystko moje”.
***

Wspomniałem obraz literacki, ale może warto przypomnieć jakieś dzieje przyjaźni współczesnej? Raissa Maritain napisała piękną i mądrą książkę pt. Wielkie przyjaźnie. Lecz nie do niej nawiązuję. Mam na myśli przyjaźń dwu wybitnych chrześcijańskich pisarzy XX wieku: C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Zawiązana w młodości przyjaźń rozkwitała. Dosłownie: co twoje, to moje. Radowali się swymi myślami w tekstach literackich. Przypomnijmy: Lewis jest autorem poczytnego dzieła pt. Opowieści z Narni, później filmowanego. Tolkien zaś jest autorem bestsellera w postaci trylogii pt. Władca pierścieni. Przyznam, że to moja ulubiona lektura, zawsze wciąga i przynosi pociechę. Tolkien twierdził, iż to opowieść chrześcijańska. Był, rzecz rzadka w Anglii, katolikiem, o fascynującym życiorysie. W jednym z listów do swego syna Krzysztofa napisał, że w życiu nie ma nic cenniejszego niż Eucharystia. Starał się, nawet w czasie wojny, codziennie brać udział w Eucharystii. Jego przyjaciel, Lewis, nawrócił się, będąc blisko Tolkiena. Ale był… protestantem, i to z Irlandii Północnej. Tam katolików wręcz nienawidzono, gardzono nimi. Mimo to przyjaźnili się szczerze i owocnie, przez wiele, wiele lat. Lecz przyszła próba tej przyjaźni. Lewis zawarł związek małżeński z kobietą po rozwodzie. Tolkienowi to się w głowie nie mieściło, chociaż widział, że stał się cud, bo Lewis był zatwardziałym, starym kawalerem i nic nie wskazywało, iż kiedykolwiek
znajdzie sobie żonę. Przyjaźń ochłodziła się,
bo Tolkien był zdania, że nie może zaakceptować związku przyjaciela. Kobieta jednak zmarła na raka, a re­lacja dwu pisarzy bardzo powoli poprawiała się. Nigdy jednak nie wróciła do dawnej świeżości. Ten przykład pokazuje, że i w przyjaźni jest pewien porządek. Tolkien uznał, że Jezus jest dla niego światłem moralnym i nie przystał na utrwalanie relacji przyjaźni z człowiekiem, który Jezusowym prawem pogardził. Musiało to być dla Tolkiena bardzo trudne, przecież Lewis był jego „dzieckiem w wierze chrześcijańskiej”. Pewnego razu dyskutowali z Lewisem przez całą noc, co poskutkowało otwarciem Lewisa na wiarę. Musiało być zapewne Tolkienowi tym ciężej, że po latach i w jego małżeństwie pojawiły się rysy, chociaż nie doszło do rozwodu. To bogata w szczegóły historia, godna uwagi, ale nie zmieści się na łamach „Rycerza Niepokalanej” z braku miejsca – Czytelnicy muszą sami poszukać w źródłach. Warto. Obaj Panowie to gwiazdy pierwszej wielkości na firmamencie literatury światowej.
Na koniec warto przytoczyć regułę, znaną od czasów starożytnych. W przypadku przyjaźni rozstanie tak bardzo nas nie boli (jak zdarza się w miłości erotycznej), a za to ponowne spotkanie bardzo nas cieszy. Nawet jeśli nastąpi, przypuśćmy, po 20 latach. Przyjaźń się nie zużywa. Ale pamiętajmy, że warto ją pielęgnować. Każdą. Bo może łatwo okazać się,
że to coś najcenniejszego w naszym życiu. ■