Jak się nie naśmiejesz, to się zwolnij

Abba Włodek to człowiek z lasu koło Konigórtka. Mieszka sobie nad Brdą, nie marudzi, nie grymasi, pracuje, wokół chatki sprząta, pstrągi łowi.
To taki nasz, własnoręcznie wymyślony, literacki i fikcyjny bohater. W ostatnim odcinku prowadził badania naukowe, szukając modlitwy Jana Chrzciciela. A dziś?
Cóż mu się takiego wydarzy?

– Panie Włodku! Panie Włodku! – Przed chatką naszego leśnego pustelnika Włodka (pustoleśnika? leśnopustnika?), w leśnych kniejach, w Konigórtku nad Brdą, stała jakaś kobita i wydzierała się wniebogłosy.
– Panie Włodku!!! – Wołanie powtarzało się i powtarzało. Widać było, że kobieta owa rodzaju żeńskiego ma sprawę, sprawa jest
poważna i nie ruszy się (kobieta, nie sprawa), dopóki rozwiązania nie będzie (sprawy,
nie u kobiety), tak jej dopomóż Bóg i wszys-
cy Święci.
– A kto tam się grzybów niewłaściwych najadł i wrzeszczy, i to w dodatku na azymut 180, prosto w drzwi mojej chatki? Koty mi pani przytraumatyzuje.
Kobieta odwróciła się, Włodek wyszedł właśnie ze środka lasu. W ręku miał koszyk pełen okazałych grzybów i uśmiechał się szczerze do Głośno Wrzeszczącej.
– Przy-co? – zapytała zaskoczona jejmościanka.
– A takie sobie słowo wymyśliłem. Przytraumatyzuje. Że traumę będą miały przez panią. No dobrze, ale tak poważniej, skąd
my się znamy i w czym mogę pomóc?
– Znamy się i nie znamy. Byłam tutaj kiedyś u pana, zapytać się, co pan mojemu mężowi nagadał, że pieniądze zaczął rozdawać.
Włodek przeszukał pamięć i zestawił twarz swojej rozmówczyni z tym, co miał nagrane na zwojach w mózgu swoim własnym, osobistym, personalnym i niepożyczalnym. Energia elektryczna śmignęła po synapsach, neurotransmitery zrobiły swoją część roboty i nagle pojawił mu się w głowie obraz Stereotypowej, klasycznej i legendarnej Pani z Dużego Miasta. Była kiedyś u niego, a owszem.
– A faktycznie, coś sobie przypominam… Jak mogę pomóc?
– Potrzebne mi coś do napompowania kół w samochodzie. Wybraliśmy się z mężem na grzyby. Wszystko ładnie i pięknie, ale przebiliśmy oponę. Problem w tym, że mamy co prawda koło zapasowe, ale w zapasowym powietrza nie ma. Jakiś kilometr stąd stoimy. Ma pan możliwość pomóc jakoś?
– A mąż gdzie? – zdziwił się Włodek. – Nie chciał się z panią na wyprawę po kompresor wybrać?
– Od dziesięciu minut nie jest w stanie chodzić. Odkręcał koło, chciał wskoczyć na klucz, bo ręką nie szło odkręcić, no i zrobił to tak cudownie, że chyba sobie nogę skręcił w kostce.
– I tak spokojnie pani o tym mówi? – nie mógł nadziwić się spokojowi swojej rozmówczyni Włodek.
– A bo mi już wszystko jedno. Koło, noga. Teraz jeszcze się pewnie okaże, że grzyby, których nazbieraliśmy, to same trujaki… – wybuchnęła histerycznym śmiechem.
Włodek postanowił przejść do działania, miał bowiem dziwne przeczucie, że jeśli wda się z nią w jakąś dłuższą dyskusję, to będzie musiał jeszcze i ją ratować jakimiś środkami na uspokojenie.
– Droga pani, proszę mi dać trzy minuty, ogarnę się i jedziemy do pani męża. Proszę sobie usiąść tu na chwilkę.
– A tak w ogóle to ja Klaudia jestem. Barcelowska. A mój mąż to Stefan. Barcelowski.
– Miło mi, Włodek jestem. Z Konigórtka. To niech sobie pani Klaudia tu chwilkę oddechu złapie, a ja działam.
Włodek wszedł do chatki, wziął kluczyki od swojej pandy, wrzucił do bagażnika pompkę nożną z manometrem, zaprosił panią Klaudię do środka i pojechał we wskazanym kierunku. Po chwili jazdy zobaczył zaparkowane na leśnym parkingu auto.
W samochodzie siedział mąż Klaudii, a jego mina wskazywała wyraźnie na to, że nie jest to najszczęśliwszy dzień jego życia.
– Żyje pan? – zapytał Włodek, wysiadając z auta.
– Żyję, żyję, ale co to za życie… – zamruczał. – Dziękuję, panie Włodku, za pomoc. Pan mnie pewnie nie pamięta, ale byłem kiedyś pogadać z panem, bo mój znajomy mówił, że pan jesteś pustelnik i dobre rady dajesz, no i przyjechałem do pana. Żonie kiedyś o panu opowiadałem, wierzyć mi nie chciała, że w XXI wieku pustelnicy jeszcze istnieją,
a teraz proszę… Jesteśmy tu w środku lasu, skazani na pana pomoc.
Stefan wykaraskał się ze swojego samochodu i usiadł w drugim aucie. Włodek przea­nalizował sytuację. Wyszło mu, że Klaudia nie poinformowała męża o swojej wizycie u niego, a którą Włodek pamiętał na swój prywatny użytek jako wizytę Stereotypowej i klasycznej Pani z Dużego Miasta.
– Ja tam bym się pustelnikiem nie nazwał, ale skoro ludzie tak mówią, to się nie będę
z nimi kłócił…