Kanonizacja Ojca Kolbego

Na podstawie książki opowieść o świętym Maksymilianie

Kanonizacja św. Ojca Mak-sy­miliana, która odbyła się 10 października 1982 roku, miała miejsce w całkiem odmiennych warunkach niż beatyfikacja. Samo porównanie tych dwóch wydarzeń pokazuje, jak wiele zmieniło się w Polsce
w ciągu tamtych 11 lat. Ośmielę się powiedzieć, że jedną z ważnych jaskółek zwiastujących zachodzące zmiany była właśnie beatyfikacja Ojca Kolbego w 1971 roku. Poprzedni rok, 1970, zwłaszcza jego końcówka, był bardzo obfity w wydarzenia. Dnia 7 grudnia 1970 roku podpisano w Warszawie Układ między Polską Rzecząpospolitą Ludową a Republiką Federalną Niemiec o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków. Niewątpliwie przygotowaniem do tego układu były wzajemne kontakty między katolikami polskimi i niemieckimi, czego wyrazem był memoriał biskupów polskich do biskupów
niemieckich, z początku bardzo potępiany przez polskie władze z Władysławem Gomułką na czele. Ważnym czynnikiem przygotowującym porozumienie były także wspólne modlitwy i starania o beatyfikację Ojca Maksymiliana. Pierwszym owocem tych przemian w stosunkach między Polską i Niemcami, a raczej między Polakami i Niemcami były wspólne modlitwy dziękczynne po beatyfikacji. Ojciec Maksymilian stał się i symbolem jedności, i ścieżką ku tej jedności.
W połowie grudnia na ulicach wielu naszych miast, a zwłaszcza na Wybrzeżu, miały miejsce rozruchy, podczas których zginęło kilkadziesiąt osób od kul polskiej milicji
i wojska. Rozruchy te doprowadziły do zmian w kierownictwie partii i rządu. Pod koniec grudnia do władzy doszedł Edward Gierek, znany na Zachodzie jako robotnik tam pracujący, a potem i działacz partyjny. On to otworzył kraj na Zachód, zaczął brać pożyczki od międzynarodowych instytucji finansowych, obiecując zbudować „drugą Polskę”.
(…) Po beatyfikacji żywsze stały się kontakty pomiędzy Rzymem i Polską, a także pomiędzy Polską a w ogóle innymi krajami, co ułatwiało rozwój kultu bł. Ojca Maksymiliana oraz starania o Jego kanonizację.
Jesienią 1978 roku, niemalże w siódmą rocznicę beatyfikacji, papieżem został kard. Karol Wojtyła, dotąd biskup krakowski, biskup diecezji, na terenie której znajdował się obóz Auschwitz, diecezji, w której prowadzony był także tak zwany apostolski etap procesu beatyfikacyjnego.
Polski papież przyczynił się do kolejnych
i to bardzo szybkich przemian. Podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny jakby przebudził nas ze snu. Odkryliśmy wtedy, że jesteśmy wolni. Budził także inne narody Środkowej i Wschodniej Europy. Jednym
z owoców tej pielgrzymki był „zryw solidarnościowy”. Kanonizacja dokonała się w całkiem odmiennych okolicznościach niż beatyfikacja.
Bo choć ogłoszenie stanu wojennego zahamowało procesy przemian, to jednak nie mogło ich zupełnie zatrzymać. Ludzie odzyskali poczucie godności i potrzebowali jej potwierdzenia, także przez eksponowanie Ojca Kolbego jako jednego spośród Polaków.
Do kanonizacji było potrzebne stwierdzenie kolejnych cudów dokonanych za pośrednictwem Błogosławionego. Równocześ-
nie jednak starano się dowieść, że śmierć Ojca Maksymiliana była męczeństwem
w tradycyjnym sensie tego słowa. W wypadku męczennika nie byłby potrzebny proces
o stwierdzeniu cudów, lecz wystarczało samo stwierdzenie męczeństwa „w obronie wiary lub obyczajów chrześcijańskich”. (…)
Kanonizacja odbyła się niecały rok po ogłoszeniu stanu wojennego. Władze państwowe usiłowały robić dobre wrażenie, aby zatrzeć gorycz ludzi wynikającą z zahamowania przemian. Tym razem pomimo stanu wojennego każdy, komu udało się uzyskać paszport, mógł uczestniczyć w kanonizacji.
I to jest pierwsza rzucająca się w oczy różnica w stosunku do beatyfikacji. Na kanonizację przybyło do Rzymu bardzo wielu Polaków.
Franciszkanie i tym razem zorganizowali pielgrzymkę, ale teraz już nie lotniczą, lecz autokarową. W poprzedniej, lotniczej, 50 osób było na zbiorowym paszporcie przewodnika grupy, który zapewne pracował dla służb specjalnych PRL. Tym razem przewodnikami poszczególnych autokarów byli wyznaczeni do tego franciszkanie. Ponieważ kilkanaście lat wcześniej studiowałem w Rzymie, mnie także powołano na przewodnika jednego z autokarów. Cieszyłem się, że będę mógł uczestniczyć w tej podniosłej uroczystości (…)
Na kanonizację podjechaliśmy autokarem w pobliże Bazyliki św. Piotra, a potem pieszo udaliśmy się do sektora wskazanego na wejściówkach, które dostarczono nam rano. I tu przeżyłem pierwszy wstrząs. Na beatyfikację wypełniła się Bazylika św. Piotra, a na kanonizację wypełniał się plac św. Piotra. Nie umiem ocenić, ilu ludzi było już na placu, ale podczas poszukiwania właściwych bramek widziałem grupy ludzi w różnorakich strojach narodowych, między innymi japońskich, koreańskich, wietnamskich,
a także wielu afrykańskich, oraz transparenty pisane najróżniejszymi językami i alfabetami. Uświadomiłem sobie, że o ile podczas beatyfikacji Ojciec Maksymilian był bliski nam – Polakom, Włochom,
Japończykom i może Niemcom, to teraz staje się Świętym całego świata. Przedstawicie-
le tych wszystkich ludów traktują Go jak swojego Świętego. To odkrycie wycisnęło mi pierwsze łzy.
Podobne refleksje snuł ks. Mieczysław Maliński, który pisał o tamtej swojej drodze na plac św. Piotra: Idę wraz z rzeką ludzi via della Conciliazione. W dali na frontonie Bazyliki widzę obraz o. Kolbego. Po obu stronach sznury autobusów. Prawie z całej Europy Zachodniej, no i z Polski. Szum wszystkich języków świata. Przegląd twarzy o wszystkich kolorach skóry. A tak chciał [ten Święty] cały świat ogarnąć swoim apostolstwem. A tak chciał zdobyć wszystkie ludy dla Chrystusa.
I teraz je ma. Tak jak o tym marzył. Może nawet więcej.
Nie musi już do nich jechać. Ci ludzie do Niego przyjechali. Dziś te obrazy nas nie dziwią. Jan Paweł II przyzwyczaił nas do nich, ale wtedy, w 1982 roku, podczas kanonizacji
i później, kiedy ks. Maliński pisał te słowa, obrazy te były nowością nie tylko dla nas, ludzi zza żelaznej kurtyny, która powoli rdzewiała…
Odnajduję wreszcie mój sektor, w którym prawie nie widzę moich podopiecznych; większość z nich miała jakieś swoje własne kontakty, dzięki którym dostali się do bliższych sektorów. Ucieszyłem się nawet tą samotnością, mając nadzieję, że głębiej przeżyję uroczystość, ale samotność trwała bardzo krótko, bo nieopatrznie zdradziłem się, że mówię trochę po angielsku i jakaś leciwa Amerykanka znalazła sobie we mnie przewodnika i powiernika, pytając mnie ciągle o jakieś drobiazgi
i opowiadając o swoich odczuciach.
Gdy Ojciec Święty wyszedł z całą asystą koncelebransów i zaraz po Gloria ogłosił,
że wpisuje św. Ojca Maksymiliana do albumu Świętych Kościoła, przypomniały mi się słowa Jego matki, która kiedyś, gdy był dzieckiem, wykrzyknęła na Niego: Mundek,
co z Ciebie wyrośnie?!
– Mundek – powtarzałem w duchu – i co
z Ciebie wyrosło?! Co z Ciebie wyrosło?! –
A po chwili reflektowałem się, mówiąc do siebie: – Władziu, a co z Ciebie wyrosło?! –
i znowu łzy, bo mogło przecież wyrosnąć coś dużo lepszego.
Ponowną falę wzruszenia wywołały słowa Pierwszego Czytania: Zdało się oczom głupich, że pomarli… Niewiele trzeba było bodźców do dalszych wzruszeń. Wywoływały je kolejne zdania, choćby to z Ewangelii, że nikt nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół.
Potem słuchałem homilii, której pełny sens mogłem poznać dopiero później, bo na bieżąco trzeba było ciągle coś wyjaśniać pytającym sąsiadkom.
A nasz Jan Paweł II mówił: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Od dzisiaj Kościół pragnie nazwać świętym człowieka, któremu dane było w sposób szczególnie dosłowny wypełnić powyższe słowa Odkupiciela.
Oto bowiem pod koniec lipca 1941 roku, kiedy na rozkaz obozowego dowódcy ustawiali się w jednym szeregu więźniowie przeznaczeni na śmierć głodową, ten człowiek, Maksymilian Maria Kolbe, wystąpił dobrowolnie, wyrażając gotowość pójścia na śmierć w zastępstwie jednego z nich. Gotowość ta została przyjęta i Ojciec Maksymilian, po upływie przeszło dwóch tygodni męki głodowej, został ostatecznie pozbawiony życia śmiercionośnym zastrzykiem w dniu 14 sierpnia 1941 roku. Działo się to wszystko
w obozie koncentracyjnym w Auschwitz […]
(…) Czyż śmierć ta, podjęta dobrowolnie
z miłości do człowieka, nie stanowi szczególnego spełnienia słów Chrystusa? Czyż nie czyni ona Maksymiliana szczególnie podobnym do Chrystusa, wzoru wszystkich męczenników, który oddaje swe życie za braci na krzyżu? Czyż taka właśnie śmierć nie posiada szczególnej, przejmującej wymowy w naszej epoce? Czyż nie stanowi ona szczególnie autentycznego świadectwa Kościoła w świecie współczesnym? I dlatego pełnią mojej władzy apostolskiej postanowiłem, że Maksymilian Maria Kolbe, który w wyniku beatyfikacji był czczony jako wyznawca, winien odtąd doznawać czci również jako męczennik.
Cenna jest w oczach Pańskich śmierć Jego świętych. Amen”.
Bezpośrednio po Mszy świętej kanonizacyjnej Jan Paweł II przewodniczył modlitwie Anioł Pański. Rozważanie poprzedzające modlitwę oparł całkowicie na pismach św. Ojca Maksymiliana. A po rozważaniu
i po modlitwie Ojciec Święty skierował jeszcze kilka słów do nas, Polaków:
(…) Dzisiaj Kościół wypełnił niejako młodzieńcze marzenie Maksymiliana o dwóch koronach – białej i czerwonej. Radujemy się tym dojrzałym owocem świętości polskiego Kościoła, dziękujemy zań i ofiarujemy go na nowo Bogu. Razem z Nim i w Nim składamy przez Niepokalaną Najlepszemu Ojcu trudne sprawy, które nas bolą, które tak bardzo leżą nam obecnie na sercu, i modlimy się, by w naszej Ojczyźnie i na całym świecie zwyciężały te wartości, za które św. Ojciec Maksymilian oddał życie.
Kościół od dawna nie przeżywał tak uroczystej kanonizacji. Ten polski męczennik, św. Ojciec Maksymilian, był wtedy niewątpliwie najpopularniejszym Świętym w całym Kościele. Pod Jego patronatem zaczęto wznosić liczne świątynie nie tylko w Polsce, ale dosłownie na całym świecie. Stał się popularny dzięki męczeństwu z miłości, dzięki swemu pragnieniu głoszenia Chrystusa po całym świecie, dzięki swojej rycerskiej miłości ku Matce Jezusa (…) ■