Dlaczego w niebie nie zabraknie ludzi

A gdyby cały rodzaj ludzki umówił się nagle, że od jutra rano już nikt nigdy nic, z nikim? Żaden mąż z żadną żoną, żadna żona z żadnym mężem? To co by się stało? Pomijając ogólnoświatowe poruszenie, zmierzwienie myśli, trudności i komplikacje? To to by się stało, że za 100 lat by tu nikogo nie było. No, może prawie nikogo, jacyś stulatkowie dzielni może by jeszcze na jakiejś Okinawie zostali, jedząc glony morskie, sushi i trenując karate.
„Ale mi odkrycie!”, powie ktoś. No pewnie, żadne to odkrycie, ale uzmysławia, że mąż i żona potrzebni są, żeby się ludzie nie skończyli. Bo to, panie dzieju, wcale nie taki wytrzymały i odporny na zniszczenie element wyposażenia Ziemi, ci ludzie, jeśli można tak ich przekornie nazwać. Katedry mają po 800 lat, Koloseum ma 2 000 lat, a ludzie? Do setki dociągną i koniec. Jak nowych nie zrobisz, to się skończą. Bo taka ich kolej rzeczy, że umierają po pewnym czasie.
I o tym jest dzisiejsza Ewangelia. O tym, że tutaj potrzebny jest chłop i baba, mąż i żona, facet i kobieta. I że muszą działać. Bo jak nie, to się ludzie na ziemi skończą. Bo umierają! A Ewangelia mówi, że w niebie jest inaczej! Ludzie się tam nie kończą! Tam już nikt nie umiera! A zatem i inaczej mogą funkcjonować relacje męsko-damskie i damsko-męskie.
W jeszcze większej wolności mogą funkcjonować, bo biologia ich już tak bardzo nie ogranicza (i do niczego nie zmusza).
Dobra Nowina z dzisiejszej Ewangelii jest też taka: nie muszę się martwić o to, że jakieś błędy popełnione w relacjach, że jakieś grzechy młodości będą się za mną ciągnąć przez całą wieczność… Kobieta z dzisiejszej przypowieści nie jest na wieki uwięziona w relacjach z siedmioma braćmi, choć może były superfajne. Wierzę, że i my na wieki nie będziemy uwięzieni w relacjach, które nam tak po prostu nie wyszły… W niebie nasze relacje będą zapewne „takie same, ale jakoś inne”. Te dobre będą jeszcze piękniejsze. A te, w których nam coś nie wyszło, będzie można zapewne przeżywać w klimacie większej wolności.