Drzwi i stół

Na podstawie dzisiejszej Ewangelii można by było się pokusić o naszkicowanie pewnego algorytmu. Po pierwsze, musimy zdecydować, przez jakie drzwi chcemy wejść: ciasne czy szerokie. Szerokie – przykro mi, zbawienie jest nie dla nas. Przez ciasne – OK, możemy grać dalej. Chcemy podjąć wysiłek wejścia przez ciasne drzwi czy wolimy tam wejść bez żadnego wysiłku? Bez wysiłku – przykro mi, zbawienie jest nie dla nas. Zgadzamy się na wysiłek? OK, gramy dalej. No to ostatni krok: załóżmy, że zdecydowaliśmy się na ciasne drzwi, że podejmowaliśmy wysiłek. Pytanie ostatnie jest takie: jak tam ze znajomością z Panem domu? Znamy Go czy nie? Odpowiedź: „Tak, tak, znamy, zjedliśmy raz z nim kolację”, nie jest niestety zadowalająca.
Bo tylko ten, kto wchodzi przez ciasne drzwi, kto czyni wysiłek, kto jest znany Panu domu, ten znajdzie się przy wielkim stole, przy którym siedzą wszyscy inni, ze wschodu, z zachodu, Abraham, Izaak, Jakub, prorocy.
I tak sobie myślę, że nie potrzebujemy dodatkowych wyjaśnień, czytając dzisiejszą Ewangelię. Wierzę, że każdy z nas wie, co powinien robić (ciasne drzwi), a tego nie robi, bo mu się nie chce. Wierzę, że każdy z nas wie, jakimi głupimi rzeczami (szeroka brama) powinien przestać się zajmować.
Drzwi i stół – oto jest metafora chrześcijańskiego życia. Przez wąskie drzwi do ogromnego stołu: „Taka bowiem jest natura cnoty: z wieloma trudami, wysiłkami, zasadzkami
i niebezpieczeństwami jest połączona. Taka jest ciasna droga, lecz potem czekają wieńce, nagrody i niewypowiedziane szczęście bez końca”
(św. Jan Chryzostom).