Przerażająca pieśń kościoła

Pamiętam, że gdy byłem mały, to przerażały mnie wszystkie pieśni kościelne, w których była mowa o tym, że coś się stanie niedobrego z rodzicami. Są takie pieśni? Ano są. Na przykład takie, że „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, Panie Jezu, nie oddamy Cię nikomu, razem z Tobą będzie Twoja Mama, żeby nasza już nie była nigdy sama”. Mnie ta pieśń paraliżowała, bo z mojej 5-letniej logiki wynikało, że skoro nasza mama ma „nie być nigdy sama”, to znaczy, że coś się stanie niedługo z tatą i będzie sama. Coś niepokojącego było w  mi słowach. Nie pamiętam też, jak reagowałem moim 5-letnim rozumem na tekst Ewangelii, który pojawia się w dzisiejszej Liturgii, ale podejrzewam, że z przerażeniem podobnym: „Jak to? Nienawidzić mamy i taty?”.

Od dawien dawna próbuje się rozwiązać zagadkę tego zaproszenia Pana Jezusa do nienawidzenia ojca, matki… Już Klemens Aleksandryjski zastanawiał się, jak zrozumieć to, że Pan Jezus mówi o nienawiści do najbliższych, skoro wcześniej nakazał miłować nawet nieprzyjaciół.

Klemens mówi, że te dwa nakazy się uzupełniają. Pierwszy mówi o wykarczowaniu nadmiernej nieśmiałości, gdyby przeszkadzała w zbawieniu: czasami trzeba powiedzieć „nie” nawet najbliższym. Drugi mówi o wykarczowaniu nienawiści. Pierwszy mówi o przedłożeniu Chrystusa nad wszystko inne. Drugi mówi o przedłożeniu Chrystusa nad wszystko inne.

Możesz mówić, że lepsze jest dla mnie zachowanie życia, przekonywać i namawiać, żebym nie szedł, nie jechał, żebym uciekł,

ale jeśli Chrystus wezwie mnie na męczeństwo, to pierwszy nakaz da mi tę siłę, żeby się tobie sprzeciwić i na męczeństwo pójść. Jeśli zaś będziesz prowadzić mnie na męczeństwo, to drugi nakaz da mi siłę, aby ciebie nie nienawidzić.

Ot, nauka o nienawidzeniu ojca, matki, syna, córki. Trudna, pewnie nieco przerażająca, ale pachnąca wolnością. A co za tym idzie – miłością doroślejszą.