W naszej Ojczyźnie trwają prace nad nowelizacją przepisów, mające na celu rozszerzenie katalogu wartości chronionych przed znieważaniem i nawoływaniem do nienawiści.
Jednak regulacje zwalczające „mowę nienawiści” nie mogą zwalczać wolności do głoszenia prawdy.
ałożyciel „Rycerza Niepokalanej”, św. Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, wykorzystywał najnowocześniejsze środki przekazu, aby „zdobyć cały świat dla Chrystusa przez Niepokalaną”. Jego misją było głoszenie Prawdy – tej jedynej, objawionej, niezmiennej. Mógł to czynić, ponieważ w Polsce przedwojennej można było swobodnie głosić swoje poglądy. Ostatnie kilkadziesiąt lat to okres względnej wolności w wyrażaniu swoich poglądów. Dziś jednak nad Polską zbierają się prawne „ciemne chmury”, które pod szlachetnym hasłem walki z nienawiścią mogą stać się narzędziem cenzury, kneblującym usta obrońcom naturalnego porządku, rodziny i wiary. Projektowane zmiany w Kodeksie karnym dotyczące tzw. mowy nienawiści budzą uzasadniony niepokój wszystkich, dla których wolność słowa jest fundamentem demokratycznego państwa.
Polskie prawo o agresji słownej i fizycznej
W ostatnich miesiącach Ministerstwo Sprawiedliwości zintensyfikowało prace nad nowelizacją przepisów karnych, mającą na celu rozszerzenie katalogu przesłanek chronionych w ramach przepisów o znieważeniu
i nawoływaniu do nienawiści.
Obecnie polskie prawo (Art. 119, 256, 257 Kodeksu karnego) surowo karze za agresję słowną i fizyczną, motywowaną przynależnością narodową, etniczną, rasową czy wyznaniową. Jest to ochrona słuszna i potrzebna – godność każdego człowieka jest nienaruszalna. Jednak planowana rewolucja polega
na dopisaniu do tej listy nowych, nieostrych kryteriów: „orientacji seksualnej” oraz „tożsamości płciowej”.
Na pierwszy rzut oka cel wydaje się szczytny: ochrona ludzi przed agresją. Jednak jako katolicy i obywatele musimy patrzeć głębiej, analizując nie tylko intencje, ale i realne konsekwencje prawne (ratio legis). Doświadczenia krajów Europy Zachodniej pokazują, że regulacje te często stają się „pałką” na tych, którzy mają odwagę krytykować współczesne ideo-logie, w tym gender i ruch LGBT.
Brak precyzji – broń w ręku ideologów
Podstawowym problemem zaproponowanych zmian jest brak precyzji. Prawo karne, ze względu na swoją represyjność, musi być jasne i konkretne. Obywatel musi wiedzieć, co jest czynem zabronionym, a co dozwoloną krytyką. Tymczasem pojęcia takie jak „mowa nienawiści” nie posiadają legalnej definicji w polskim systemie prawnym. Takie pojęcia są niezwykle pojemne i subiektywne.
Czy zacytowanie fragmentu Listu św. Pawła do Rzymian, mówiącego o czynach homoseksualnych jako o „bezeceństwie” (Rz 1,27), zostanie uznane za nawoływanie do nienawiści? Czy stwierdzenie faktu biologicznego, że istnieją tylko dwie płcie – męska i żeńska – zostanie zakwalifikowane jako atak na osoby o innej „tożsamości płciowej”? Czy publiczna obrona tradycyjnego modelu rodziny będzie ścigana z urzędu jako dyskryminacja?
Obawy te nie są bezzasadne. W nowym porządku prawnym krytyka ideologii – a więc zbioru poglądów – może zostać zrównana z atakiem na konkretne osoby. To fundamentalne przesunięcie akcentów. O ile bowiem atak na człowieka (znieważenie, groźba) jest i powinien być karany, o tyle krytyka poglądów, postaw i ideologii jest esencją wolności słowa.
Szczególne zagrożenie rysuje się w sferze wolności religijnej i prawa do głoszenia nauki Kościoła. Katolicyzm, z samej swojej natury, stawia wymagania moralne i nazywa zło złem, a grzech grzechem. Nie wynika to z nienawiści do grzesznika, lecz z troski o jego zbawienie. Jest to realizacja chrześcijańskiej zasady: „Kochać grzesznika, nienawidzić grzechu”.
Projektowane regulacje tę różnicę zacierają. W ich świetle kapłan głoszący kazanie
o nierozerwalności małżeństwa kobiety i mężczyzny, katecheta tłumaczący młodzieży zagrożenia płynące z ideologii gender czy publicysta katolicki opisujący społeczne skutki postulatów ruchu LGBT – wszyscy oni mogą znaleźć się na celowniku organów ścigania. Wystarczy, że ktoś poczuje się „subiektywnie dotknięty” lub „znieważony” głoszoną nauką.
Podobny mechanizm może też zadziałać w przypadku krytyki innych systemów religijnych czy kulturowych, np. islamu. Rzetelna dyskusja o zagrożeniach cywilizacyjnych, o sytuacji chrześcijan na Bliskim Wschodzie czy
o podejściu szariatu do praw kobiet może zostać błyskawicznie ucięta zarzutem o „islamofobię” i „mowę nienawiści”. Paradoksalnie, te same środowiska lewicowe, które domagają się surowych kar za krytykę islamu czy LGBT, często najgłośniej walczą o „prawo” do obrażania uczuć religijnych katolików, zasłaniając się wolnością artystyczną. Mamy tu do czynienia z groźbą wprowadzenia prawnego podwójnego standardu.
Potrzeba odwagi w głoszeniu prawdy
Symbolem tego zagrożenia stała się sprawa Päivi Räsänen, byłej minister spraw wewnętrznych Finlandii, a prywatnie żony luterańskiego pastora. Została ona oskarżona o ,,mowę nienawiści” za opublikowanie na Twitte-
rze zdjęcia wersetu z Biblii oraz za wydaną lata wcześniej broszurę na temat chrześcijańskiego rozumienia małżeństwa. Choć sądy (po wieloletniej batalii) na razie przyznają jej rację, sam fakt, że polityk i babcia jest ciągana po salach sądowych za cytowanie Pisma Świętego w rzekomo wolnym kraju, jest przerażający!
W Wielkiej Brytanii zdarzają się aresztowania ulicznych kaznodziejów za czytanie fragmentów Biblii uznanych za „homofobiczne”. W Kanadzie odmowa używania preferowanych przez kogoś zaimków (zgodnych z jego subiektywną tożsamością, a nie biologią) może być traktowana jako naruszenie praw człowieka. Czy takiej Polski chcemy? Czy chcemy, aby polscy kapłani musieli ważyć każde słowo, zastanawiając się, czy nie narusza ono nowej, świeckiej dogmatyki?
Jaka powinna być nasza odpowiedź? Przede wszystkim nie możemy ulec lękowi. Św. Maksymilian Kolbe w obozie Auschwitz pokazał, że wewnętrznej wolności i prawdy nie da się zabić ani zamknąć za drutami.
Musimy głośno i wyraźnie sprzeciwiać się planowanym zmianom. To kwestia cywilizacyjna i moralna. Prawo do wyznawania wiary to także prawo do publicznego głoszenia jej zasad moralnych, nawet jeśli są one niewygodne dla współczesnego świata. Nie ma miłości bez prawdy. Akceptacja błędu, milczenie wobec grzechu czy przyklaskiwanie ideologiom niszczącym rodzinę, nie jest wyrazem miłosierdzia, lecz obojętności.
Wprowadzanie cenzury pod płaszczykiem „mowy nienawiści” to próba wyrugowania chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej i zamknięcia go w kruchcie. Jeśli pozwolimy, by państwo decydowało, które dogmaty wiary są „legalne”, a które „nienawistne”, obudzimy się w rzeczywistości, w której wierność Ewangelii będzie wymagała heroizmu, a może i męczeństwa – choćby tego „białego”, w postaci wykluczenia społecznego i kar finansowych.
Oczywiście „Prawda broni się sama”, ale potrzebuje przestrzeni wolności, by mogła wybrzmieć, dlatego prawne regulacje zwalczające „mowę nienawiści” nie mogą zwalczać wolności do głoszenia Prawdy.

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.