Nie rozstaję się z Cudownym Medalikiem.
Wiem, że Matce Bożej zawdzięczałam wiarę, a także życie doczesne.
Miałam wówczas 18 lat. Dopiero co zdałam maturę i dostałam się na studia do Warszawy. Okres najzacieklejszego buntu względem katolicyzmu miałam już za sobą, ale wciąż nie byłam w pełnej jedności z Kościołem. Co gorsza, moja mama miała pewną znajomą, z którą razem się mo-
dliła. Była to starsza pani, która jeździła na pielgrzymki, prowadziła Kółko Różańcowe, ale jednocześnie była …mistrzynią Reiki. Jej przykład sprawił, że i mnie zaczęło to pociągać. Pomyślałam, żeby samej zapisać się na taki kurs. Moje intencje były dobre. Chciałam pomagać ludziom. Uzdrawiać ich. Nie wiem, jak by to się skończyło, gdyby nie in-
terwencja Matki Bożej, do której miałam niezmienne nabożeństwo.
To była ciekawa sprawa. Nawet w najgorszym okresie mojego buntu nie potrafiłam zrezygnować z Maryi. Odwróciłam się od Boga Ojca, od Jezusa, od Jego Kościoła, ale nie od Niej. Jakoś podskórnie czułam, że jeśli odwrócę się także i od Niej, nie będzie już dla mnie ratunku. Że zerwie się ostatnia nić, po której mogłabym się wspiąć
z powrotem, i zaprzepaszczę swoją jedyną szansę na nawrócenie.
Maryja wykorzystała tę pozostawioną przeze mnie otwartą furtkę i stopniowo zaczęła mnie z powrotem przyciągać do Swego Syna i Jego Kościoła. Najpierw znalazłam różaniec – jeszcze z mojej Pierwszej Komunii świętej. Poczułam, jakbym odzyskała dawno utracony skarb. Potem Cudowny Medalik, który moja mama kupiła mi dawno temu podczas szkolnej wycieczki do Niepokalanowa. Znowu zaczęłam go nosić.
Niebezpieczna znajomość
6 sierpnia, podczas Dni Pruszkowa, spotkałam chłopaka z Warszawy. Był moim rówieśnikiem, podobała nam się ta sama muzyka i szybko złapaliśmy kontakt. W sumie widzieliśmy się siedem razy. Na początku był miły i sympatyczny, wręcz nieśmiały. Ubierał się zwyczajnie i nosił okulary. Nie dostrzegłam niczego niepokojącego.
Jednak podczas szóstego spotkania było inaczej. Było to 6 września. Pojechałam po godz. 18.00 do niego, do jego pracy, która mieściła się przy ul. Marszałkowskiej, vis-à-vis Dworca Centralnego. Chłopak był odmieniony, jakiś nieswój. Unikał kontaktu wzrokowego ze mną i bił od niego lodowaty chłód. Zbiło mnie to z pantałyku. On głównie milczał i szedł, a ja, drepcąc koło niego, próbowałam dociec, o co chodzi. W tym zdezorientowaniu nie zauważyłam, że prowadzi mnie w głąb ciasnych i ciemnych już o tej porze uliczek. Powinno mnie to zaalarmować, zwłaszcza że nie znałam Warszawy, ale byłam wówczas jak otępiała.
W końcu zatrzymaliśmy się na jakimś wewnętrznym podwórku, otoczonym starymi kamienicami. Wokoło nie było nikogo. Dopiero tutaj wyjawił, że nie możemy się widywać, bo on jest… satanistą. Dowiedziałam się też, że jest mistrzem Reiki. Stałam sparaliżowana i nie wiedziałam, co powiedzieć. W tym momencie on chwycił mnie za gardło jedną ręką. W drugiej dostrzegłam, że trzyma duży nóż. Przez głowę mi przemknęło: po co zabrał nóż do pracy? Czy po to odbyliśmy ten dziwny spacer wąskimi uliczkami? Trzymając mnie jedną ręką za gardło, a drugą trzymając ten nóż, spytał się mnie, czy wiem, że on może mnie teraz zabić.
Kompletnie nie pamiętam, co wtedy zaczęłam mówić. Wiem, że zupełnie nie czułam lęku. Czułam się za to zalewana miłością, jaką Bóg kochał tego człowieka. Słowa, które płynęły prosto z serca i wypływały z moich ust, nie były moje. Ta olbrzymia miłość, którą czułam, nie była moja. Chłopak przez cały czas nie odrywał wzroku od Cudownego Medalika, który nosiłam na szyi. W końcu mnie puścił.
W otumanieniu jakoś udało mi się wyjść z tych uliczek i zobaczyłam światła Dworca Centralnego. Pojechałam tramwajem do babci, z którą mieszkałam już w Warszawie. Dopiero w domu dotarło do mnie to, co się wydarzyło. Zaczęłam się trząść ze strachu. Zaczęła się także walka duchowa. Odczuwałam ją jako ciemną, ciężką chmurę, próbu-
jącą obezwładnić mój umysł.
Spowiedź momentem zwrotnym mojego nawrócenia
Wkrótce potem poszłam do spowiedzi. Była to moja pierwsza głęboka spowiedź od wielu lat. Klęczałam i zanosiłam się strasznym płaczem. Spowiadał mnie starszy proboszcz. Po spowiedzi czułam, jakby olbrzymi ciężar spadł z mojego serca. To był moment zwrotny w moim nawróceniu.
Z mojej inicjatywy spotkałam się jeszcze raz z tym chłopakiem. Choć było to głupie z mojej strony i stanowiło niepotrzebne narażanie się na niebezpieczeństwo, spotkaliśmy się przy jakimś kościele. Chłopak wciąż był agresywny. Po uprzejmym nastolatku nie było już ani śladu. Krążyliśmy wokół tego kościoła jak dwa jastrzębie. Walka duchowa była wręcz namacalna.
Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Pamiętam tylko dwie rzeczy: że zwierzył się, iż bierze antydepresanty, bo ma silną depresję, oraz że ma ochotę zrobić mi krzywdę, ale że nie jest w stanie tego dokonać. Cały czas nie odrywał wzroku od Medalika, który miałam na szyi. Rozeszliśmy się.
U mnie nastąpiło dużo zmian. Przeprowadziłam się do babci, do Warszawy. Zaczęłam studia. O kursie Reiki, na który chciałam się zapisać jesienią, nie było już mowy.
To wydarzenie było dla mnie znakiem, że jest to duchowa pułapka. Bo jak możemy mieć tu do czynienia z mocą pochodzącą od Pana Boga (co głosiła znajoma mamy od Kółka Różańcowego), skoro na te zajęcia uczęszczał zadeklarowany satanista? Przecież gdyby to było „Boże”, toby tego chłopaka odrzuciło.
A stało się inaczej.
Tego chłopaka spotkałam potem jeszcze raz, w tramwaju na Nowym Świecie, gdy jechałam na zajęcia. Ledwo go poznałam, bo był cały siwy. Wyszedł z tramwaju razem
ze mną. Odprowadził mnie do drzwi uczelni. Po drodze opowiedział mi, że jego życie totalnie się odmieniło: że zaczął się nawracać; że jest pod opieką egzorcystów, ale że ponieważ ma/miał w sobie dużo demonów, walka wciąż trwa. Powiedział, że odkąd zaczął iść w stronę Boga, odwrócili się od niego wszyscy jego znajomi, że zaczął chorować na dziwne, ciężkie choroby (stąd siwizna). Że walka jest bardzo ciężka, ale że on wytrwa. Poprosił mnie ponownie o numer telefonu, bo go zgubił. Odmówiłam, ze względów bezpieczeństwa. Potem go już nie widziałam. Czasem zastanawiam się, jak jego życie się dalej potoczyło, czy udało mu się wygrać tę walkę.
Dostałam szereg bardzo ważnych lekcji życiowych. W tamtym czasie nurtowało mnie zdanie, które gdzieś przeczytałam: Maryja nigdy nie walczy, a zawsze zwycięża. Nie rozumiałam tego. To doświadczenie było odpowiedzią na moje pytanie. Od tamtego momentu zaczęłam regularnie uczęszczać do Kościoła i przyjmować sakramenty. Z Cudownym Medalikiem nie rozstawałam się. Miałam go na szyi, gdy brałam ślub, choć doradzano mi bardziej finezyjną biżuterię na tę okazję. Nie chciałam jej – w końcu to Matce Bożej zawdzięczałam życie doczesne i życie wiary. Chciałam, żeby w sposób symboliczny była ze mną w tak ważnym dniu. ■

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.