Uczymy dzieci: „uwierz w siebie”, „bądź sobą”, „jesteś wyjątkowy”. I słusznie. Problem pojawia się wtedy, gdy „Ja” staje się bożkiem, a świat i inni ludzie mają obowiązek krążyć wokół niego i spełniać jego potrzeby. Jak rozpoznać narcyza i jak wychować dziecko, tak żeby nie wyrósł z niego mały tyran z wielkim ego?
Czy da się wychować kogoś na narcyza? To trudne pytanie, bo nie do końca wiadomo, co jest przyczyną tworzenia się osobowości narcystycznej. Wiemy jednak, że zdrowe podejście do siebie to realizm: świadomość zarówno swoich mocnych stron, jak i ograniczeń. Taka postawa pozwala spokojnie rozpoznać obszary, które można poprawić, bez popadania ani w samouwielbienie, ani w kompleksy. Ale sam realizm nie wystarczy, jeśli „Ja” nadal pozostaje w centrum wszechświata.
Możemy wyobrazić sobie kogoś, kto uczciwie widzi swoje wady i nad nimi pracuje, a jednocześnie nadal jest skupiony wyłącznie na własnym rozwoju. Cała energia idzie wtedy w samodoskonalenie, a i tak inni nie chcą z taką osobą być, bo w relacji nadal liczy się głównie ona. Jeśli dodatkowo brakuje jej kręgosłupa moralnego – gotowa jest zrobić prawie wszystko, by osiągnąć swoje cele, poświęcając po drodze ludzi.
Z perspektywy społeczeństwa niewiele zmienia się, czy mamy do czynienia z osobą z niską, czy wysoką samooceną. Kluczowe jest
to, czy ta osoba koncentruje się na sobie, czy na dobru wspólnym. Przez wieki mądrość duchowa i moralna podkreślała, że człowiek spełnia się, gdy wychodzi poza siebie, gdy przestaje traktować swoje „Ja” jako ostateczny punkt odniesienia. Ten punkt widzenia został w dużej mierze wyparty przez kult wysokiej samooceny.
O. Adolf A. Tanquerey, autor Zarysu teologii ascetycznej i mistycznej, pisał, że pycha jest poważnym skażeniem, które sprawia, że człowiek, nadmiernie zakochany w sobie, zaczyna traktować siebie jak boga. W efekcie staje się egoistą działającym wyłącznie dla własnej korzyści, przecenia własne przymioty i przypisuje sobie cechy, których w rzeczywistości nie posiada. To opis narcyzmu, zanim jeszcze nazwano go tym słowem.
Jak wychowywać w świecie kultu „Ja”?
Profilaktyka jest tu znacznie skuteczniejsza niż terapia – również dlatego, że osoby narcystyczne rzadko trafiają do gabinetu
z powodu „problemu ze sobą”. Jeśli już szukają pomocy, to najczęściej z powodu lęku, depresji, poczucia wewnętrznej pustki. Swojego
sposobu traktowania ludzi nie widzą jako problemu, lecz jako naturalną konsekwencję „wysokich wymagań” wobec innych.
Co można zrobić wychowawczo? Przede wszystkim, wychowując dziecko, warto przesunąć akcent z pytania: „Co mi się należy od świata?” na: „Jak mogę zmieniać świat na lepsze?”. Dziecięcy i młodzieńczy idealizm to potężne źródło energii – szkoda byłoby go marnować na kolejne selfie. Warto proponować konkretne formy zaangażowania: wolontariat, pomaganie słabszym, działania społeczne. Dziecko, które doświadcza, że może realnie pomóc innym, uczy się empatii i zaczyna widzieć świat nie tylko przez pryzmat własnych potrzeb.
Równolegle dobrze jest uczyć zdrowego realizmu: nazywania swoich mocnych stron bez fałszywej skromności, ale też przyjmowania do wiadomości, że w niektórych obszarach jesteśmy słabsi, potrzebujemy pracy, wsparcia, czasu. Zadania wymagające wytrwałości i odpowiedzialności – domowe obowiązki, projekty wymagające dłuższego wysiłku – uczą, że nie wszystko kręci się wokół przyjemności i natychmiastowej gratyfikacji.
Niezwykle ważne są też jasne zasady moralne. Dziecko potrzebuje wiedzieć, że pewnych rzeczy nie robimy, nawet jeśli są dla nas wygodne, a inne robimy, choć wymagają wysiłku. Jeśli wartości nie ma, spryt i siła przebicia stają się jedynymi kryteriami działania.
Na koniec jest kwestia mediów społecznościowych. Kultura „Ja” znajduje w nich idealne narzędzie. Rolą dorosłych jest nie tylko rozmowa, ale także stawianie rozsądnych granic czasowych i wiekowych. Coraz więcej krajów – jak Australia, która wprowadziła zakaz korzystania z social mediów przez dzieci poniżej 16. roku życia – pokazuje, że da się to zrobić.
Gdy żyjesz z narcyzem – granice zamiast misji ratunkowej
Co jednak, jeśli narcyz nie jest abstrakcyjnym pojęciem, ale kimś, z kim mieszkasz, pracujesz, tworzysz związek? Jak żyć z osobą, która tylko stawia wymagania, nie dba o potrzeby innych, a gdy nie zaspokajają jej potrzeb – wzbudza poczucie winy, że się tego nie zrobiło?
Po pierwsze – dobrze jest przestać się oskarżać, że „przesadzasz”. Pomaga bardzo prosty krok – prowadzenie krótkiego dziennika.
Zapisuj konkretnie, co się wydarzyło, jakie były ustalenia, co obiecała druga strona i co się potem stało. Wzorce widać o wiele wyraźniej na papierze niż w głowie, zwłaszcza gdy jesteś systematycznie tresowany, by wątpić we własną pamięć.
Po drugie – można eksperymentować z małymi, konkretnymi granicami. Zamiast natychmiastowo reagować na każdą wiadomość i żądanie, wprowadź czas na namysł: „Odpowiem jutro, jak przemyślę”. Zamiast ogólnych próśb – proś o doprecyzowanie: „Co dokładnie masz na myśli? Na kiedy? Jakimi środkami?”. Zamiast wiecznych tłumaczeń, dlaczego czegoś nie chcesz – proste, „czyste” nie: „Nie zrobię tego. Proszę, nie wracajmy
do tego tematu”.
Jeśli na coś się zgadzasz, możesz od razu określić warunki: „Zgadzam się, jeśli…”, jasno mówiąc, co musi być spełnione. Możesz też postawić wyraźne konsekwencje: „Potrzebuję, by przez najbliższy miesiąc zmieniło się X. Jeśli się nie zmieni, zrobię Y”. I – co kluczowe – trzymać się tego, nawet jeśli druga strona próbuje cię rozmiękczyć.
Najważniejsze jest to, co dzieje się po postawieniu granicy. Zdrowy człowiek może się obruszyć, zdziwić, ale jeśli mu zależy, spróbuje się dostosować, szukać rozwiązania. Osoba o utrwalonych cechach narcystycznych raczej zaatakuje, zbagatelizuje problem albo po chwili lepszego zachowania wróci do starych schematów bez realnej zmiany.
Warto też jak najwcześniej wyjść z „trójkątów”: jeśli ktoś powołuje się na opinie innych („Wszyscy mówią, że ty…”), możesz spokojnie odpowiedzieć: „Nie będę rozmawiać o tym, co mówią inni. Powiedz, co ty myślisz, a wtedy porozmawiamy”.
I wreszcie – chroń siebie, szukając wsparcia społecznego. To może być terapia (u kogoś, kto zna się na dynamice narcyzmu), ale też przyjaźnie, kierownictwo duchowe, relacje rodzinne. Izolacja jest paliwem do manipulacji; kontakt z innymi ludźmi pomaga odzyskać perspektywę i szacunek do własnego doświadczenia.
Mniej „Ja”, więcej dobra wspólnego
Pamiętajmy, że narcyzm nie bierze się z „nadmiaru miłości do siebie”, tylko z wypaczonego, oderwanego od rzeczywistości obrazu własnej osoby połączonego z brakiem troski o innych. Zdrowa samoocena nie polega na powtarzaniu sobie, że jestem wyjątkowy, ale na spokojnym uznaniu prawdy o sobie – tej dobrej i tej trudnej – i na decyzji, że swoje talenty chcę włączyć w coś większego niż ja sam.
Może więc najważniejszym krokiem wychowawczym – i osobistym – nie jest kolejne ćwiczenie z „lubienia siebie”, ale odważne przesunięcie punktu ciężkości: z pytania: „Kim ja jestem?” na pytanie: „Komu i w jaki sposób mogę służyć?”. Tam gdzie „Ja” przestaje być bożkiem, narcyzm ma znacznie mniej pożywki dla rozwoju. ■

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.