Chrzest,czyli początek wolności

Chrzest mieszka I w jeziorze lednickim

14 kwietnia br. świętowaliśmy 1060. rocznicę chrztu księcia Polan – Mieszka I. To niezwykle doniosłe wydarzenie uratowało Słowiańszczyznę pomiędzy Odrą a Bugiem od licznych zagrożeń. Jednym z nich było łapanie ludzi i sprzedaż ich jako niewolników słowiańskich do państw muzułmańskich oraz Bizancjum.

Polonia, czyli Polska, zaczyna się od chrztu. Skąd taka teza? Oto już w drugiej połowie IX w. nieznany z imienia mieszkaniec rubieży wschodnich państwa Franków, zwany Geografem Bawarskim, spisując w ratyzbońskim Klasztorze św. Emmerama listę grodów i terytoriów z północnej strony Dunaju, wymienił na niej, gdzieś na dzisiejszym terytorium Polski, lud Lendizi (Lędzianie, a więc może zniekształceni Lechici?). Wymienił jeszcze sporo innych plemion, m.in. Glopean (Goplan), Ślężan, Wiślan, Opolan – ale żadnych Polan na jego liście nie było. Ani na żadnej innej.
Żydowski kupiec-zwiadowca w służbie arabskiego kalifa Kordoby, Ibrahim ibn Jakub, przedstawiając dokładne informacje o północnych sąsiadach Czech, też nie wspomina żadnej Polski czy Polan, a używa określenia „kraj Mieszka” (opisywał ten kraj z Pragi, do której dotarł akurat wtedy mniej więcej, kiedy Dobrawa szykowała się do drogi ku swemu jeszcze pogańskiemu narzeczonemu). Co więcej, nawet syn i następca Mieszka, Bolesław Chrobry, wybił pierwszą monetę, denar z napisem „Gnezdun civitas” – państwo gnieźnieńskie, a nie „Polonia” jeszcze.

„Polonia” dotarła do nas z Rzymu

Sama nazwa – Polonia, Polska – pojawia się dopiero w roku 1000, a spłynęła spod pióra biografa i naśladowcy zamęczonego trzy lata wcześniej przez Prusów św. Wojciecha – także św. Brunona z Kwerfurtu.
W Żywocie św. Wojciecha, spisywanym przez niego w Rzymie, pojawiły się te słowa, włożone przez Brunona w usta świętego misjonarza: „De terra Polanorum, quam dux Bolizlaus proximos christiano dominio procurat, ad uos pro uestra salute uenio” – „Z pobliskiego kraju Polan, nad którym sprawuje rządy chrześcijańskie książę Bolesław, przychodzę do was dla waszego zbawienia”. Tak miał mówić św. Wojciech do pogańskich Prusów w kwietniu roku 997, tuż przed swą męczeńską śmiercią, a zapisał to już trzy lata później na rzymskim Awentynie Bruno, który opierał się na bezpośrednim świadectwie dwóch innych uczestników tej misji, słuchaczy Wojciechowej mowy do pogan: brata świętego – Radzima-Gaudentego oraz mnicha Benedykta-Bogusza.
To ze źródła chrztu w łacińskim obrządku, ze stolicy łacińskiej cywilizacji, z Rzymu, z Awentynu, przyszła do nas nazwa Polania, Polanie, w roku 1000, po chrzcie – od razu z ideą misji chrześcijańskiej. Na pewno zaraz po roku 1000 jest już w częstym, poświadczonym przez rozmaite źródła użyciu. Bolesław Chrobry zaczął bić nowe denary – z jednoznacznym już napisem Princes Polonie.
Oczywiście, mogli być wcześniej jacyś niezapisani w źródłach Polanie, jej mieszkańcy, skoro tak łatwo i szybko ich władcy zaakceptowali po roku 1000 tę nazwę.
Na pewno nie od razu, w roku 966, wraz z chrztem powstała ich organizacja państwowa. Musiała rozwijać się wcześniej. Wiemy już, że grody w sercu „polańskiego” ośrodka zaczęły powstawać dopiero pod koniec IX w. Kilka kolejnych grodów wzniesiono w pierwszym ćwierćwieczu wieku X.
Wyraźny przełom nastąpił jednak dopiero z końcem lat 30., na progu lat 40. owego stulecia. Mieszko był już zapewne na świecie – mógł oglądać jako małe dziecko ten przełom na własne oczy.
Około 940 r. powstał gród w Gnieźnie, nowy gród w Bninie i Poznaniu, także w Gieczu, Lądzie i Grzybowie. Kilkanaście grodów w ciągu kilkunastu lat, po 920 r., w tym pięć kluczowych około roku 940 – wszystko to na powierzchni około 5 tys. km kw. dzisiejszego serca Wielkopolski. To gigantyczna, dobrze skoordynowana akcja, przeprowadzona najpewniej przez ojca Mieszka.
Obok pewnej politycznej dojrzałości oraz organizacyjno-technicznych umiejętności, jakie potrzebne były do owego państwowotwórczego przełomu z roku 940, konieczne były także materialne środki, by go dokonać. Skąd organizatorzy państwa Mieszka – jego ojciec i dziad – mogli czerpać dochód, który pozwolił im sfinansować wielkie budowy i potężną siłę wojów – „pancernych”? Sól
z Kujaw niemal na pewno nie wystarczyła.

Słowianie niewolnikami w Afryce Północnej

Głównym bogactwem eksportowym całego regionu dzisiejszej Polski, a nawet szerzej – całej Słowiańszczyzny – pozostawali w X w. niewolnicy. Po nich przecież przyjeżdżał wspomniany już na wstępie handlarz i kronikarz – Ibrahim ibn Jakub. Wielki szlak importu słowiańskich niewolników z północy, zza Karpat, prowadził ku Bizancjum i ku arabskim kalifatom najpierw przez Morawy, a kiedy drogę tę zablokowały na czas jakiś (z początkiem X w.) najazdy węgierskie, szlak przesunął się na zachód. Praga, gdzie spotykał się szlak ze wschodu, z Kijowa, jak też właśnie z północy, zza Sudetów i Kar-
pat – stała się jednym z głównych węzłów tranzytowych tego handlu.
Władcy „plemiennych” ośrodków z tej północnej peryferii mogli bogacić się i zwiększać potencjał materialny swoich organizacji militarnych właśnie przez dostarczanie niewolników na praski rynek. Albo – inną drogą – dalej na północ, poprzez ośrodki handlu bałtyckiego.
Jak wielka była skala zjawiska, świadczyć może potwierdzona w licznych źródłach arabskich ogromna liczba słowiańskich niewolników (i niewolnic) w służbie kalifów od Bagdadu przez Kair (założony zresztą w roku 969 przez Dżohara al-Saqlabi, słowiańskiego dowódcę wojsk i wezyra na dworze kalifa Fatymidów), Sycylię, Maroko, aż po przywoływaną już wcześniej Kordobę. To były setki tysięcy. Niektórzy zrobili karierę na dworach swoich panów, weszli w skład wojskowych czy administracyjnych elit, znaleźli uznanie i pozycję w haremach… Można było nawet awansować na pozycję zarządcy biblioteki, albo innych, mniej intelektualnych rozkoszy w którejś z cywilizacyjnych stolic ówczesnego świata (Kordobę czy Bagdad można pewnie porównać w X w. do tego, czym dla wielu mieszkańców globalnych peryferii był Nowy Jork czy Los Angeles w XX w.; Bizancjum
odgrywałoby pewnie rolę Paryża…). Ogromna większość pozostawała jednak na najniższej pozycji społecznej – niewolników, w dodatku obcych, z dalekich krain, z którymi (ze swoimi bliskimi) kontakt stracili na zawsze.
Przypominam ten problem, to zjawisko, by zastanowić się nad istotą państwa – kiedy dochodzimy do momentu jego założenia między Odrą i Wisłą.

Poczucie wspólnoty w miejsce łańcucha i powrozu

Państwo może funkcjonować, może „akumulować kapitał” swoich władców, swoich elit – poprzez maksymalizację wyzysku poddanej ludności, może nawet eksportować tę ludność, by coś zyskać, albo żeby pozbyć się ciężaru… Tak było w X w., choć chyba nie tylko wtedy. Państwo jednak może również służyć tym, którzy w nim mieszkają, wszystkim – jeśli zorganizuje skuteczną dla nich ochronę przed zewnętrznym najazdem czy wyzyskiem, kiedy broni się przed drenażem ludzi, kiedy zapewnia im bezpieczeństwo wewnętrzne przed chaosem nieograniczonej przemocy.
Żeby osiągnąć zdolność spełniania takich funkcji – skutecznej obrony przed najazdem zewnętrznym, instrumentu stabilizacji i bezpieczeństwa wewnętrznego, podnoszenia poziomu materialnego i cywilizacyjnego, poziomu życia, nazwijmy to najprościej, swoich mieszkańców – musi najpierw przekroczyć próg właśnie akumulacji, nagromadzenia środków ekonomicznych, militarnych, organizacyjnych i (niemniej ważnych) ideowych. Taki próg przekraczało państwo Mieszkowego ojca, może już dziada – w pierwszej połowie X w.
Istotnym sprawdzianem wartości państwa jest to, co z osiągniętymi możliwościami robi dalej: czy nadal eksportuje niewolników, czy też zaczyna się rodzić w ramach tego państwa pewna więź, nie łańcuch i nie powróz, ale więź poczucia wspólnego interesu, może nawet wspólnego losu, który próbuje się wspólnie dalej poprawiać.
Państwo przodków Mieszka przekraczało najpierw barierę wspólnoty rodowej, kiedy obcym – zatem kandydatem na niewolnika – był każdy spoza własnego rodu. Już kiedy panowanie rozszerzało się z Gniezna pod Kruszwicę, już wtedy można było znaleźć niewolników, „na eksport”. Potem, tym łatwiej, kiedy wojowie Mieszkowego ojca przekraczali Noteć na północy i szli na Pomorze, albo Wisłę – i szli na Mazowsze czy na ziemie „Lędziców/Lędzian”, albo na południe – na Śląsk. W końcu, kiedy ścierali się ze Słowianami zza Odry, albo z Czechami, albo z Sasami. Podkreślany już brak istotnych różnic etnokulturowych między kolejnymi, przyłączanymi do wielkopolskiego centrum ziemiami, a raczej zamieszkującymi je ludźmi, na pewno ułatwiał pokonywanie bariery obcości, mógł sprzyjać budowaniu wspólnoty szerszej.

Chrześcijaństwo skruszyło mury pomiędzy rodakami

Dalszy przełom jednak przynosiło dopiero połączenie struktury państwa z przyjęciem wiary chrześcijańskiej. Nie tylko dlatego, że Kościół formalnie zakazywał handlu chrześcijańskimi niewolnikami. Przede wszystkim dlatego, że nauka Kościoła – naturalnie nie od razu przyjmowana dogłębnie – jednoznacznie mówiła o przyrodzonej każdemu człowiekowi, każdemu ochrzczonemu na pewno godności, zasadniczo równej godności dzieci Bożych. Człowiek stawał się w tej perspektywie osobą. Dopiero poprzez przyswojenie chrześcijaństwa można było zacząć kruszyć niewidzialne mury „barbarzyńskiego kolektywizmu” (określenie Karola Modzelewskiego), charakteryzujące pogański etap funkcjonowania tak germańskich, jak i słowiańskich plemion.
I wraz z przyswajaniem chrześcijaństwa, jego nauki, rozszerzającej się poprzez powołaną po chrzcie Mieszka i zasadniczo umocnioną od zjazdu gnieźnieńskiego w roku 1000 organizację kościelną, ponure zjawisko niewolnictwa zacznie na ziemiach piastowskich cofać się, a w końcu zanikać. Kończyło swój niechlubny żywot państwo rozumiane jako właściciel i eksporter niewolników. Powstawała Polska – wspólnota.

Zostaw komentarz