Obraz Matki Bożej Łaskawej w kościele OO. Jezuitów w Warszawie. w takiej postaci ukazała się matka Boża 14 i 15 sierpnia 1920 r. / fot. Wikimedia Commons

W sierpniu 1920 r. Polska stanęła na krawędzi upadku. Armia Czerwona była o krok od zajęcia Warszawy. I wtedy wydarzyło się coś, co odmieniło losy tamtej wojny.
Świadkowie mówią o cudownym objawieniu się Matki Bożej nad głowami polskich żołnierzy i o Jej Boskiej interwencji.

Popołudniem 13 czerwca 1999 r. wizytujący Polskę papież Jan Paweł II odwiedził cmentarz polskich żołnierzy poległych w Bitwie Warszawskiej roku 1920. Wieczorem tamtego dnia Papież przekazał zgromadzonym wokół katedry na warszawskiej Pradze wiernym informację: „Przed chwilą nawiedziłem Radzymin, miejsce szczególnie ważne w naszej narodowej historii. (…) O wielkim „Cudzie nad Wisłą” przez dziesiątki lat trwała zmowa milczenia. Opatrzność Boża nakłada dzisiaj na nas obowiązek podtrzymywania pamięci tego wielkiego wydarzenia w dziejach naszego narodu i całej Europy”. Tamte słowa Papieża w zasadzie przeszły bez większego echa.
Rzeczywiście w sierpniu 1920 r. było tak, jak powiedział. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było wynikiem takiego właśnie cudu. Bo jak inaczej nazwać pojawienie się Bogarodzicy ponad polskimi oddziałami, któ­re broniły wtedy Warszawy? To nieza-prze­czalny fakt, który najpierw przemilczano, a potem świadomie o nim zapomniano.
Tymczasem Maryja rzeczywiście pojawiła się wtedy na niebie i to aż dwukrotnie. Najpierw w Ossowie, a potem w Wólce Radzymińskiej. Jej postać była widziana przez wszystkich. Bolszewicy od razu zorientowali się, kim jest ta Zjawa: przeraziło ich to do tego stopnia, że rzucili się do masowej ucieczki. O tym, że tak było, mówiły relacje wielu na-
ocznych świadków. Tyle tylko że te relacje zostały przemilczane przez ówczesne polskie władze. Skrupulatnie tuszowały je też władze komunistycznej Polski. Te pierwsze starały się nie dopuścić do ich szerszego nagłośnienia, ponieważ uważały, że źle wpłyną one na dobre imię polskich żołnierzy i samego marszałka Piłsudskiego. Te drugie robiły to dlatego, że cud jako taki był sprzeczny z komunistyczną ideologią.
Gdy w 1989 r. zaczęły się w Polsce zmiany, można było już otwarcie mówić o wojnie polsko-bolszewickiej i Bitwie Warszawskiej. Powróciła nawet jej nazwa: „Cud nad Wisłą”. Jednakże zaczęto go zupełnie inaczej definiować. Nie jako Boski Cud, ale jako dowód genialnego zmysłu strategicznego marszałka Piłsudskiego, który miał osobiście dowodzić w tej bitwie. I tak jest do dzisiaj.

Bezsporne fakty

Spróbujmy zatem wyprostować tę historię i opowiedzieć, jak faktycznie wtedy było.
Za­cznijmy od naszkicowania obrazu sytuacji w lecie 1920 r.
Otóż bolszewicy parli w głąb Polski, a nasza obrona się załamywała. W rękach bolszewików znajdowały się już Grodno, Białystok i Brześć. Armia Czerwona coraz bardziej zbliżała się do Warszawy. Sam Piłsudski wspominał później, że „wszystko wyglądało wtedy w czarnych kolorach i beznadziejnie”. Ale podpisał rozkaz kontrofensywy polskich wojsk, która miała ruszyć dokładnie 15 sierpnia.
Dzień wcześniej bolszewicy rozpoczęli gwałtowne uderzenie kilkoma falami piechoty na Warszawę. Drogi do niej broniła m.in. 1 i 2 Kompania 236 Pułku Akademików pod Ossowem. Był z nimi młody kapelan, ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku poprowadził żołnierzy do ataku. I w tym ataku poległ. Jego śmierć stała się punktem zwrotnym nie tylko w tej bitwie, ale i w całej wojnie.
Jak to się stało, że właśnie w tym momencie zaczęła się porażka pewnych zwycięstwa bolszewików? Przecież naprzeciw doświadczonych czerwonoarmistów z brygady Grigorija Chachaniana stali niedoświadczeni w walce gimnazjaliści i studenci. Odpowiedzi na to pytanie dostarczyli sami żołnierze Chachaniana, którzy dostali się do polskiej niewoli
i trafili do polskich obozów jenieckich. Mówili oni, że w Ossowie na tle porannego nieba ujrzeli postać Bogarodzicy. Na Jej widok rzucili się do ucieczki. Uważali nawet tę ucieczkę za całkowicie uzasadnioną. Było to dla nich wstrząsające doświadczenie. To był początek końca tej bitwy.
14 sierpnia por. Stefan Pogonowski, dowódca 1 Batalionu 28 Pułku Strzelców Kaniowskich, otrzymał od gen. Lucjana Żeligowskiego rozkaz, aby zająć rejon Kątów Węgłowskich koło Radzymina i zabezpieczyć przemarsz polskich oddziałów, które miały nadejść od strony Nieporętu. Ale Pogonowski wbrew temu rozkazowi samowolnie zaatakował zajętą już przez bolszewików Wólkę Radzymińską, ponosząc w tym ataku śmierć. Jego atak okazał się jednak dla bolszewików zaskoczeniem. W rezultacie zaczął się ich odwrót.
Jednak mówienie o tym, że batalion Pogonowskiego odniósł sukces tylko dzięki zaskoczeniu, byłoby nieporozumieniem. Pod Wólką Radzymińską, podobnie jak pod Ossowem, również na niebie ukazała się Maryja. Bolszewiccy jeńcy opowiadali później, że podczas tego ataku Polaków nad Wólką Radzymińską zjawiła się przed nimi „Matier Bożja”. Wokół Jej głowy jaśniała aureola, a w dłoni trzymała tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym powracały. Jak mówili, Maryi towarzyszyły również hufce skrzydlatych rycerzy. Na ten widok rzucili się do masowej ucieczki.
Szczegóły ukazania się Maryi nad Wólką Radzymińską znamy także z relacji mieszkańców okolicznych wsi. Wszystkie z tych relacji mówią, że bolszewicy byli potwornie przerażeni tym, co wtedy zobaczyli. Ks. kanonik Wiktor Mieczkowski, proboszcz z Wyszkowa, po latach napisał, że „w wielu wsiach bolszewicy mówili, że od Warszawy odpędzili ich nie Polacy, a „Matier Bożja”.
Bitwa pod Wólką Radzymińską była kolejnym przełomem. Gen. Lucjan Żeligowski napisał, że „Śmierć porucznika Pogonowskiego jest momentem historycznym. Od natarcia jego batalionu na Wólkę Radzymińską rozpoczął się odwrót niezwyciężonych dotąd trzech brygad Armii Czerwonej i 21 dywizji”. Kon­tr-
uderzenie polskiego wojska, które po niej nastąpiło, nie spotkało już na swojej drodze większych bolszewickich oddziałów.
Błyskawicznie zajęto więc: Mińsk Mazowiecki, Kałuszyn, Międzyrzec Podlaski i Białą Podlaską. 19 sierpnia gen. Michaił Tuchaczewski, dowódca Armii Czerwonej, zarządził odwrót na całym froncie. Polskie wojska prowadziły nadal działania pościgowe. W rezultacie tego do niewoli trafiło od 70 do 80 tys. bolszewickich żołnierzy. 20 września 1920 r. zaczęła się ostatnia wielka bitwa wojny polsko-bolszewickiej, tym razem nad Niemnem. Zwycięskie dla Polaków starcie zmusiło stronę bolszewicką do podjęcia rozmów pokojowych. I te po kilku tygodniach się zaczęły. Ostatecznie wojna polsko-bolsze­wicka zakończyła się dopiero 18 marca 1921 r., gdy w Rydze podpisany został traktat pokojowy. Ten traktat uregulował sprawę
naszej granicy wschodniej.

Zatajanie cudu

Wprawdzie w całym kraju odbywały się Msze, w których dziękowano Najświętszej Maryi Łaskawej za cud, który ocalił Polskę, ale potem wszystko zostało wyciszone. Piłsudski uznał, że mówienie o objawieniach Maryi pod Ossowem i Wólką Radzymińską zaszkodziłoby jemu jako wodzowi naczelnemu, który poprowadził polską armię do zwycięstwa
w tej wojnie. Uważał też, że epatowanie objawieniami Maryi zaszkodziłoby także zwykłym żołnierzom, ponieważ podważyłoby ich bohaterską walkę z bolszewikami. Zresztą piłsudczykowskiej elicie, zanurzonej w masonerii i modernizmie, daleko było do katolickiej wiary. Tym bardziej więc kultywowanie objawień Maryi jako cudu nie było jej na rękę.
W komunistycznej Polsce stworzonej przez Stalina nie można było mówić o wojnie polsko-bolszewickiej. Klęska Armii Czerwonej poniesiona na przedpolach Warszawy była przedmiotem całkowitego tabu. Nie pasowała do epopei bohaterskiej Armii Czerwonej, która pokonała hitlerowskie Niemcy. Tym bardziej nie należało mówić o cudzie, jaki się dokonał w trakcie Bitwy Warszawskiej. Z tego powodu komuniści postanowili wycofać z bibliotek wydane przed wojną książki na te-­mat Bitwy Warszawskiej. Zakazem reprodukcji objęto również przedstawiające ją obrazy. Objął on m.in. słynny obraz Jerzego Kossaka pt. Cud nad Wisłą, przedstawiający moment pojawienia się Maryi w Ossowie. Ale komunistyczne władze nie ograniczyły się tylko do ukrywania i niszczenia wszelkich materialnych śladów naszej wiktorii z 1920 r.
Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego zmusił wszystkie polskie muzea do oddania Sowietom polskich trofeów z tej wojny, w tym bolszewickich sztandarów, które zgodnie
z prawem międzynarodowym nie podlegają windykacji. Po 1989 r. również musieliśmy długo czekać na przełom w tej sprawie. Sprawą tą jako pierwszy zajął się ordynariusz powstałej
w 1992 r. diecezji praskiej, bp Kazimierz Romaniuk, który zakomunikował, że jego zadaniem jest przywrócenie pamięci o zwycięskiej Bitwie Warszawskiej, podczas której Bogarodzica ukazała się bolszewickim żołnierzom.
Ordynariusz chciał, aby fakty zatajone w czasie międzywojnia i po II wojnie światowej stały się powszechnie znane i przeszły na trwałe do polskiej historii jako „Cud nad Wisłą”. Zobowiązał też podległe mu duchowieństwo do upowszechniania wśród wiernych prawdy o tym wydarzeniu. W 1999 r. było ono przedmiotem refleksji Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki do Polski, w czasie której odwiedził cmentarz bohaterów Bitwy Warszawskiej w Radzyminie.
Sprawą zajął się także następca bp. Romaniuka – bp Romuald Kamiński. Z inicjatywy tego ostatniego 16 sierpnia 2020 r. uroczyście odsłonięto w Radzyminie monumentalną figurę Matki Bożej Łaskawej jako wotum dziękczynne za ocalenie Polski w 1920 r. Dzięki temu po raz pierwszy prawda o ukazaniu się Bogarodzicy w czasie Bitwy Warszawskiej zaczęła wychodzić z cienia. Kolejnym krokiem winno być wpisanie tej prawdy do polskiej historii. Ale na to będziemy zapewne musieli jeszcze poczekać.

Zostaw komentarz