Coraz więcej ludzi żyje tak, jakby ich wartość zależała od wyników czy wyglądu. Jednakże psychika bardzo źle znosi życie w permanentnym trybie oceny. Nie można patrzeć na własne życie jak na listę braków. Zamiast tego należy zauważać autentyczne dobro, które Bóg w nas zasiał i pragnie, byśmy je dostrzegali. Psychologia od lat pokazuje, że najbardziej stabilne poczucie własnej wartości nie bierze się z sukcesów, ale z doświadczenia bycia przyjętym i kochanym mimo ograniczeń.
Dlatego osoby, które opierają swoją wartość wyłącznie na wynikach, zwykle żyją w ciągłym napięciu. Każda porażka staje się zagrożeniem dla ich tożsamości. To zresztą świetnie widać u młodych ludzi. Wielu nastolatków nie pyta dziś: „Kim jestem?”, tylko raczej: „Czy wystarczająco dobrze wypadam?”. To subtelna, ale bardzo ważna różnica. Chrześcijaństwo w tym miejscu proponuje coś zaskakująco trzeźwego. Człowiek ma wartość nie dlatego, że jest idealny, ale dlatego, że został stworzony „na obraz i podobieństwo Boga”.
Nasza wartość wynika z bycia Bożym dzieckiem. Jeśli wartość człowieka jest nadana, a nie wypracowana ‒ nie trzeba codziennie udowadniać, że zasługuje się na istnienie. Nie oznacza to oczywiście spoczęcia na laurach. Jesteśmy wezwani do świętości i do rozwoju, ale o wiele łatwiej to robić, gdy mamy solidną podstawę poczucia, że jesteśmy kochani, niż gdy kieruje nami wstyd czy lęk albo poczucie zagrożenia.
„Jestem najlepszy!”
W Internecie pełno jest porad typu: „Stań przed lustrem i powiedz sobie, że jesteś wyjątkowy”. Problem w tym, że psychologia ma wobec tego poważne zastrzeżenia. Badania pokazują, że afirmacje działają głównie wtedy, gdy są zgodne z tym, w co człowiek naprawdę wierzy o sobie. Jeśli ktoś głęboko uważa się za bezwartościowego, powtarzanie: „Jestem wspaniały” wywoła raczej wewnętrzny opór niż ulgę.
Dlatego dużo sensowniejsze bywają spokojniejsze komunikaty. Nie: „Jestem najlepszy”, ale: „Moja wartość nie zależy wyłącznie od tego, jak mi dziś poszło”. Nie triumfalizm, tylko odzyskiwanie gruntu pod nogami.
Martin Seligman, jeden z twórców psychologii pozytywnej, zwracał uwagę, że trwałe poczucie szczęścia ma związek z życiem zgodnym z wartościami, a nie z nieustannym gonieniem za pozytywną samooceną. Dlatego lepszą afirmacją jest zdanie: „Będę dziś wykorzystywać swoje talenty i umiejętności do czynienia dobra” niż to wątpliwe: „Jestem zwycięzcą”.
Wstyd ukrywany przez lata
Jednym z najbardziej toksycznych stanów psychicznych jest przewlekły wstyd. Nie poczucie winy za konkretny zły uczynek, ale przekonanie: „Jestem do gruntu zły i bezwartościowy”. I tu ciekawie spotykają się psychologia i duchowość. Badania nad samo-współczuciem oraz samo-przebaczeniem pokazują, że osoby, które potrafią traktować siebie z większą łagodnością po błędach, są psychicznie bardziej odporne. Z prostego powodu – zły uczynek można naprawić; z poczuciem typu: „Jestem zły do szpiku kości” nie da się zrobić nic.
Właśnie dlatego w trudnych chwilach warto zawsze popatrzeć na siebie z perspektywy drugiej osoby – oczyma przyjaciela czy wręcz Pana Boga. Uczyniłem zło – ile było w tym mojej odpowiedzialności, ile zmęczenia, pechowego zbiegu okoliczności, udziału innych osób. Co ważne – nie chodzi tu o samo-usprawiedliwianie się, ale o wzięcie odpowiedzialności za to, za co się jest naprawdę odpowiedzialnym. Wtedy łatwiej podjąć działanie zmierzające ku naprawie zła. Bo wiemy, co można naprawić – co jest od nas zależne, i nie jesteśmy sparaliżowani wszechogarniającym poczuciem wstydu.
Warto przy tym przyjrzeć się swojej przeszłości. Wielu ludzi nosi w sobie stare historie, które dawno się skończyły, ale nadal są odtwarzane w głowie jak zepsuta playlista. Popatrzmy na te wydarzenia z boku, oczyma drugiej osoby i oceńmy ponownie – za co jesteśmy odpowiedzialni my, za co okoliczności czy inni ludzie. To nigdy nie jest tak, że całe zło sytuacji wynikało ze złej woli jednego człowieka. Wtedy otwiera się droga do samo-współczucia. Metaforycznego pogłaskania młodszego siebie po głowie i przytulenia.
Mocne strony nie służą do chwalenia się
Psychologia pozytywna dużo mówi także o mocnych stronach charakteru, jak: odwaga, życzliwość, humor, wytrwałość czy ciekawość świata. Seligman pisze o nich w książce pt. Autentyczne szczęście jako o zaletach – 24 zaletach uniwersalnie cenionych w praktycznie każdej kulturze, które wszyscy mamy mniej lub bardziej rozwinięte. Ludzie psychicznie stabilniejsi znają swoje zasoby. Wiedzą, co im pomaga przechodzić przez trudne momenty. Wiedzą, w czym są dobrzy. Lubią to robić.
Jeden człowiek ma talent do budowania relacji. Ktoś inny zachowuje spokój w kryzysie. Jeszcze ktoś potrafi rozśmieszyć ludzi w najgorszym momencie. Św. Paweł pisał, że każdy otrzymał własny dar (1 Kor 12,4). Ta postawa bardzo kontrastuje ze współczesną kulturą kopiowania cudzych życiorysów. Nie każdy musi być liderem, influencerem czy człowiekiem sukcesu w wersji LinkedIn. Jeżeli jednak wykorzystujemy swoje dary w szlachetnym celu, pozytywny obraz siebie staje się swoistym „skutkiem ubocznym”.
Samotność zniekształca obraz siebie
Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi: człowiek po trochu patrzy na siebie cudzymi oczami. Jeśli przez lata słyszy wyłącznie krytykę, pogardę albo doświadcza emocjonalnego chłodu, często zaczyna wierzyć, że naprawdę jest „niewystarczający”. Ludzie otoczeni nieustanną negatywną oceną zaczynają z reguły stronić od innych. Wybierają samotność, ale dawne negatywne oceny wciąż im towarzyszą – uwewnętrznione.
Dlatego relacje mają ogromne znaczenie dla psychiki. Roy Baumeister i inni badacze pokazali, że poczucie przynależności, poczucie wspólnoty, to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb. Bez niego samoocena bardzo łatwo się rozpada. Czasem pierwszym krokiem do zdrowej samooceny nie jest kolejna książka rozwojowa, ale jedna dobra, bezpieczna relacja.
Dobre skutki wdzięczności
Kolejny element układanki miłości do samego siebie to poczucie wdzięczności. Wdzięczność bywa przedstawiana w sposób cukierkowy, ale badania pokazują, że regularne zauważanie dobrych rzeczy realnie wpływa korzystnie na psychikę. Osoby praktykujące wdzięczność mają niższy poziom stresu, mniej objawów depresyjnych i bardziej stabilne poczucie własnej wartości.
Tylko że wdzięczność wobec siebie wielu ludziom przychodzi z ogromnym trudem. Dużo łatwiej powiedzieć: „Za mało zrobiłem”, niż zauważyć: „Dobrze poradziłem sobie z tą trudną rozmową”, „Nie wybuchłem mimo zmęczenia”, „Pomogłem komuś, choć sam miałem ciężki dzień”. Warto praktykować wdzięczność wobec samego siebie, nie tylko wobec innych.
Nie trzeba być idealnym, żeby być wartościowym
Najbardziej męczące w kulturze samodoskonalenia jest to, że człowiek nigdy nie może po prostu usiąść i odetchnąć. Zawsze jest coś do poprawy – sylwetka, produktywność, duchowość, emocje czy relacje. Tymczasem zdrowa akceptacja siebie nie oznacza zachwytu nad każdym swoim zachowaniem.
Oznacza raczej zgodę na to, że człowiek pozostaje wartościowy również wtedy, gdy jest zmęczony, pogubiony albo przegrywa. I może właśnie od tego warto zacząć. Nie od wielkiej życiowej rewolucji, lecz od prostego pytania: Czy potrafię spojrzeć na siebie z choć odrobiną tej życzliwości, z jaką patrzę na ludzi, których kocham, cenię, szanuję?

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.