Maj dla Polaków zawsze był i pozostaje miesiącem szczególnym. Rozpoczyna się wspomnieniem św. Józefa, Robotnika, które dopiero od niedawna możemy obchodzić. Wcześniej władza ludowa przewidywała jedynie tłumne, proletariackie pochody, a idących w tym dniu do kościoła, aby świat pracy zawierzyć swemu Patronowi, traktowała strumieniami wody i gazem łzawiącym.
Następujący po „Świętym Józefie” Dzień Flagi również nie ma długiej historii. Dopiero od dwóch dekad jest obchodzony godnie,
z uszanowaniem dla barw i symboli państwowych, traktowanych z uzasadnieniem heraldycznym, a nie będących dowolną interpretacją czekoladowo-tęczową, stanowiącą pretekst do wolnego dnia i biesiady.
Wreszcie kolejny dzień – 3 Maja – wielkie święto narodowe i uroczystość Matki Bożej Królowej Polski. Jedynej Królowej, która nam
pozostała i trwa z nami poprzez wszystkie „numery” Rzeczypospolitej.
I dla mnie maje były zawsze szczególne. Sięgając pamięcią do najwcześniejszych lat, wspominam dzieciństwo i młodość na warszawskiej Ochocie i nabożeństwa majowe. Pamiętam pierwsze kroki jako ministrant, zapach kadzidła, śpiew litanii, kiedy nikt się nie spieszył. Potem nadeszły maje lat 80. Już na ich początku maj 1981 r. naznaczony został dwoma dramatycznymi datami: zamachem na Ojca Świętego Jana Pawła II w rocznicę objawień fatimskich oraz – dwa tygodnie później – śmiercią kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia.
Kiedy Naród stracił swojego wielkiego, duchowego przywódcę, rozszalały się demony. W tamtych latach uczestniczenie w nabożeństwach 1 i 3 maja było zazwyczaj obarczone ryzykiem późniejszych walk na ulicach, walk z ówczesną władzą, wysyłającą ZOMO na nas, wychodzących z kościołów „chuliganów”. Naszą jedyną winą było to, że chcieliśmy uczcić Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski.
Nadszedł maj 1983 r., dla Warszawy szczególnie znaczący, szczególnie brutalny, gdy władze atakowały ze szczególną zajadłością. Nie skończyło się to 3 maja. Patrole milicyjne na ulicach nieustannie wypatrywały spisków. Tak „wypatrzono” 12 maja świętujących na Starówce maturzystów, wśród nich Grzesia Przemyka… Kilka dni później ze wszystkimi warszawskimi licealistami uczestniczyłem w jego pogrzebie i niemym kondukcie na Powązki,
prowadzonym wśród śpiewu ptaków przez ks. Jerzego Popiełuszkę.
Tamte maje stały się formacją dla narodu walczącego o swoją wolność. Oby takiej formacji nie potrzebowały zaznać współczesne pokolenia Polaków.

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.