Rodzina św. Ojca Maksymiliana
8 stycznia obchodzimy 132. rocznicę urodzin Ojca Maksymiliana. Święty przyszedł na świat w Zduńskiej Woli, w rodzinie Marianny i Juliusza Kolbów. Rodzice wywarli istotny wpływ na Jego osobowość, a rodzina była pierwszym miejscem formacji Wielkiego Rycerza Niepokalanej.
„Mój synu!” – powiedziała matka św. Ojca
Maksymiliana M. Kolbego w chwili swojej śmierci w 1946 r. Prawdopodobnie Go wtedy zobaczyła. Marianna Kolbe przeżyła wszystkich swoich synów, a także męża, z którym wzorowo ich wychowała.
„Nieraz oświadczali się jej młodzieńcy, lecz nie chciała wyjść za mąż. Widocznie coś innego jej przyświecało” – wspominała Mariannę Dąbrowską jej siostra, Anna. Wychowana w głęboko wierzącej rodzinie, Marian-
na myślała o wstąpieniu do zakonu, ale po ka-
satach przeprowadzonych przez cara po
Powstaniu Styczniowym nie było to możliwe. Modliła się więc o to, by – jeśli nie będzie mogła zostać zakonnicą – Bóg zesłał jej dobrego męża. Modlitwa została wysłuchana.
Ślub z Juliuszem Kolbem wzięła w 1891 r. w Zduńskiej Woli. On miał 20 lat, ona 21.
Juliusz pochodził z rodziny całkowicie spolonizowanej, rodziny przybyłej z Czech, ale o dalekich niemieckich korzeniach. Jak wielu mieszkańców Zduńskiej Woli, z zawodu był tkaczem, ale nie pracował w warsztacie, tylko przewoził materiał od kupców do fabrykantów. Uczył też młodych pracowników zawodu.
Wysoki, dobrze zbudowany, miał wesołe usposobienie. Był nie tylko wierzący, ale też po ludzku porządny: nie palił, nie pił i nie częstował nikogo alkoholem, nikogo nie krzywdził. Po kilku latach małżeństwa Kolbowie przenieśli się na przedmieścia Pabianic. Tam Juliusz współorganizował oddział Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich, należącej do nurtu endeckiego organizacji założonej przez ks. Marcelego Godlewskiego, późniejszego Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Prawdopodobnie to Juliusz napisał hymn zaczynający się od słów: „Hołd złóżmy Bogu, robotnicy!/ Zaszczytny, wzniosły jest nasz stan!/ Krwią go uświęcił Syn Dziewicy,/ Nasz wieczny Król, nasz Mistrz i Pan”. Po zajściach w 1905 r. Juliusz trafił na krótko do więzienia.
Przekazana wiara
Kolbowie doczekali się pięciu synów, przy czym Walenty zmarł, mając rok, a Antoni
w wieku trzech lat. Jeden ze znajomych, widząc małego Antosia, powiedział, że tak pięknie modlące się dziecko nie może zostać długo na tym świecie. „No i wyprorokował mi pan śmierć dziecka” – mówiła potem Marianna.
Dorosłego wieku dożył najstarszy syn państwa Kolbe, urodzony niecałe 10 miesięcy po ich ślubie Franek, a także Rajmund (późniejszy o. Maksymilian) i Józef (późniejszy o. Alfons).
Małżeństwo uchodziło za wzorowe. Marianna i Juliusz życzliwie się do siebie odnosili i byli sobie wierni. Oboje co rano chodzili na Mszę świętą. O wiarę dzieci – jak się zdaje – dbała przede wszystkim matka, która kontynuowała zwyczaje wyniesione z domu rodzinnego. Siostra Marianny tak wspominała mieszkanie Kolbów: „Na ścianach wisiały obrazy Pana Jezusa, Matki Bożej i Świętych Pańskich. W rogu izby znajdował się nieduży ołtarzyk domowy z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, przed którym paliła się olejna lampka w środy, soboty i niedziele oraz we wszystkie święta Matki Bożej”.
Marianna była wymagającą matką, ale bardzo zatroskaną o zbawienie swoich dzieci. Kiedyś, widząc, że mały Rajmund dziwnie się zmienił, wymusiła na nim, by powiedział, co się stało. Tak dowiedziała się o jego wizji Maryi wręczającej mu dwie korony.
Finansowo Kolbowie radzili sobie znośnie, przynajmniej do chwili bankructwa sklepu, który przez pewien czas prowadzili. Później przez kilka lat było znacznie gorzej.
Franciszek i Józef Kolbe
Rodzicom zależało na tym, by któryś z synów został księdzem. Typowano przede wszystkim Franka. Choć cała trójka wstąpiła do zakonu franciszkańskiego, to ostatecznie on jako jedyny nie został kapłanem. Już w szkole angażował się w działalność patriotyczną – brał udział w strajkach szkolnych, propagował pieśni narodowe i rozpowszechniał wśród kolegów materiały o historii Polski. Rodzice obawiali się, że z tego powodu spotka go coś złego. Gdy miał 15 lat, wyjechał wraz z Rajmundem do gimnazjum we Lwowie, leżącym wówczas w cesarstwie austriackim. Legalne przekroczenie granicy nie było możliwe, więc chłopcy schowali się w wozie ze zbożem, a potem piechotą poszli do Krakowa, skąd pojechali pociągiem do Lwowa.
Wkrótce obaj postanowili opuścić franciszkanów i zaciągnąć się do wojska. Zmienili zdanie na wieść o tym, że do zakonów zamierzają pójść ich rodzice. Jednak w przeciwieństwie do Rajmunda, Franciszek znowu zmienił zdanie. W 1914 r. wstąpił do Legionów Piłsudskiego. Walczył z Rosjanami na terenie Węgier. Był ranny i przeszedł trzy operacje.
W 1918 r. chciał walczyć o Lwów, ale z powodu odnowienia ran nie mógł tego zrobić. W czasie wojny z bolszewikami należał do Straży Obywatelskiej. Potem pracował jako nauczyciel, księgowy i kasjer. Ożenił się z Ireną Triebling, z którą miał córkę. W 1934 r. odebrał Krzyż Niepodległości za zasługi wojenne.
Jego życie trudno uznać za szczęśliwe.
W pracy mu nie szło, w dodatku matka uważała,
że źle się prowadzi. Ale czy naprawdę był tak daleko od Boga, jak uważała? Na pewno nie świadczy o tym list, w którym Franciszek pociesza ją po śmierci Rajmunda w Auschwitz. „Do czego dążył Mundzio – Maksymilian? Czyż nie do męczeństwa? Czyż celu marzeń nie osiągnął? Czyż mamy cierpieć, że Bóg wysłuchał Mundzia modlitw?” – pisał wtedy.
Franciszek w czasie wojny bronił Grodna, a później należał do Służby Zwycięstwu Polski.
W 1943 r. wpadł. Podczas okrutnego śledztwa nikogo nie wydał. Trafił do Auschwitz, a potem do Buchenwaldu. Zmarł 23 stycznia 1945 r., nie doczekawszy wyzwolenia.
Józef także wstąpił do franciszkanów. Przyjęto go w 1915 r. O. Alfons – takie zakonne imię przyjął Józef Kolbe – został najbliższym współpracownikiem o. Maksymiliana. Pracował z bratem przy wydawaniu „Rycerza Niepokalanej”, nieraz wykonując obowiązki redaktora naczelnego. Był rektorem Małego Seminarium Misyjnego, pomagał budować klasztor w Niepokalanowie, a w 1930 r. został jego przełożonym. 3 grudnia tego roku zmarł w szpitalu w Warszawie. Miał 34 lata, jest pochowany na cmentarzu klasztornym w Niepokalanowie.
Ostatnia z rodziny
Po opuszczeniu domu przez dzieci Kolbowie złożyli ślub czystości i postanowili wstąpić do zakonów. Juliusz krótko przebywał we franciszkańskim klasztorze w Krakowie.
Ostatecznie został tercjarzem i zamieszkał
w Częstochowie. Zginął na początku I wojny światowej. Według nie do końca pewnej relacji, jesienią 1914 r. dowodził oddziałem, który wzięli do niewoli Kozacy. Żołnierze trafili do obozów jenieckich, a Juliusz, jako oficer, został powieszony.
Marianna także nie została zakonnicą, bo na przeszkodzie stanął jej wiek (w roku 1907 miała 37 lat). Jako świecka, przebywała u benedyktynek we Lwowie, a po kilku latach stała się franciszkańską tercjarką i zamieszkała u krakowskich felicjanek. Jak tylko mogła, wspierała dzieło ewangelizacyjne syna. Umartwiała się, śpiąc na desce i biczując się, co odkryto dopiero po jej śmierci w 1946 r. Zmarła nagle, idąc ulicą.
Wraz z Juliuszem wychowała swojego syna na wielkiego bohatera, który ziemskie życie oddał na służbę Niepokalanej, a zakończył w Auschwitz czynem, który nieustannie z wielką siłą rzuca na kolana.

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.