polscy żołnierze ze sztandarami zdobytymi na bolszewikach po „cudzie nad wisłą” / fot. Wikimedia Commons

Był początek lipca 1920 r. Armia bolszewicka wlewała się całą swoją masą, paląc, mordując, rabując i gwałcąc. Młody, wówczas 27-letni, ks. Ignacy Skorupka wyprosił u władz kościelnych objęcie funkcji kapelana wojskowego. Był z żołnierzami w koszarach, na dworcach, spowiadał, dodawał otuchy. W końcu wymaszerował z nimi na front. Kilka dni później padł od kuli pod Ossowem. Tuż przed śmiercią, wyskakując z okopów, miał krzyknąć: „Za Ojczyznę i za wiarę!”. Ponoć to w tej właśnie chwili pierwsi żołdacy bolszewiccy zauważyli postać Maryi.
Bitwa Warszawska 15 sierpnia 1920 r. była niewątpliwie fenomenem czynu wojskowego. Została uznana za 18. przełomową bitwę w historii świata. Nie tylko zatrzymała sowiecką ofensywę – uratowała Polskę i Europę przed rewolucją bolszewii. Było to zwycięstwo polskiego żołnierza. Ale czy tylko?
Nawet dogłębna analiza i próby zestawienia wszystkich racjonalnych faktów nie tłumaczą ogromu victorii. Historycy, którzy z uporem mówią o geniuszu dowódców czy wybitnej strategii marszałka Piłsudskiego, rzadko kiedy już cytują jego pamiętniki. Naczelnik nie tylko był zaskoczony, ale nie potrafił wytłumaczyć rozmiaru osiągniętego zwycięstwa. Wprost stawiał sobie pytanie: „Gdzież więc jest (bolszewicka) 16 Armia?”. To jej dywizje miały zdobyć Warszawę, a w jednej chwili przestały istnieć.
Nie jest trudno, zwłaszcza w kraju od zarania katolickim, zrozumieć i przyjąć, że w tamtych sierpniowych, dramatycznych dniach nie tylko generałowie, ale Pan Bóg był z nami.
Poświęcenie żołnierzy, odwaga, gotowość złożenia ofiary ze swojego życia wynikały z wiary w zwycięstwo i z wiary w Bożą opiekę. Żołnierz był mocny, bo wierzył, a cudu, który
za przyczyną Matki Bożej się zdarzył – nie naiwnie oczekiwał, ale wymodlił.
Bolszewicy złożyli wiele, ale bardzo spójnych relacji z objawienia się im Matki Chrystusa. Opisywali Jej błękitny płaszcz, który, jak zasłona, odgradzał ich od Warszawy, od polskiego wojska. Opowiadali o rozłożonych rękach Maryi, od których odbijały się wszystkie kierowane w stronę Polaków kule i granaty, rykoszetem trafiając atakujących. Ten widok ich przeraził i zmusił do ucieczki. Bolszewickie świadectwa spisywali proboszczowie okolicznych parafii i administracje obozów jenieckich, w których część z żołnierzy się znalazła.
Cuda najczęściej dzieją się po cichu, ale ich skutki brzmią głosem tysiącleci. Ten Cud Warszawski wybrzmiał głosem Matki Bożej. Naszym zadaniem jest o tym nie zapomnieć,
a nade wszystko za niego dziękować. ■

Zostaw komentarz