Pakt Migracyjny, wolność słowa i asymetria praw
Obecnie na ulicach zachodnich miast coraz częściej rodzi się dramatyczne pytanie: Czy w imię źle pojętej tolerancji i wielokulturowości rdzenni mieszkańcy Europy stają się we własnych domach obywatelami o ograniczonych prawach? Obawy te nie rodzą się w próżni. Wyrastają z codziennych obserwacji zjawiska, które można nazwać asymetrią wolności słowa i ochrony prawnej. Zderzenie laickiego prawa z ekspansywnością przybyszów z innych kręgów kulturowych demaskuje dziś słabość europejskiego systemu wartości.
Zasada równości wobec prawa jest fundamentem europejskiej cywilizacji. Dziś jednak obserwujemy jej powolną erozję. Choć z punktu widzenia litery prawa krytyka jakiejkolwiek religii nie jest w Europie zakazana, to w praktyce szerokie i mgliste definicje „mowy nienawiści” oraz „obrazy uczuć religijnych” są stosowane w sposób wybiórczy. Niedawne wydarzenia z Wielkiej Brytanii są tego jaskrawym przykładem. Gdy jedna z kobiet, w reakcji na agresywne nagabywanie przez islamskich propagandystów Koranu, zażądała zaprzestania łamania prawa, powołując się na chrześcijańskie dziedzictwo Anglii, spotkała się z natychmiastową i stanowczą reakcją policji.
Paradoks tej sytuacji jest podwójny. Po pierwsze, organy ścigania spacyfikowały tę, która broni lokalnej kultury, a nie tych, którzy narzucali obcą narrację. Po drugie, odwoływanie się dziś w Anglii do chrześcijańskiej tożsamości nosi znamiona obrony reduty – z najnowszych szacunków wynika bowiem, że zaledwie ok. 7% Brytyjczyków aktywnie deklaruje i praktykuje wiarę chrześcijańską. Podobne, niepokojące sygnały płyną z Półwyspu Iberyjskiego. W Hiszpanii katolicki ksiądz musiał mierzyć się z widmem procesu karnego i więzienia, po tym, jak w swoich wystąpieniach poddał krytycznej ocenie doktrynę islamu w kontekście jej stosunku do wolności i praw człowieka.
Kiedy chrześcijaństwo jest bezpardonowo wyszydzane na ulicach, w mediach czy w sztuce, państwo zasłania się wolnością słowa. Gdy jednak katolik poddaje krytyce inne systemy religijne, machina państwowa nierzadko natychmiast uruchamia procedury antydyskryminacyjne. To buduje w rdzennym społeczeństwie poczucie, że przybysze cieszą się swego rodzaju immunitetem kulturowym, podczas gdy gospodarze są kneblowani we własnym domu. Wobec tych wyzwań łatwo popaść w skrajności – od naiwnego pacyfizmu po gniew i nienawiść.
Nauczanie Kościoła w kwestiach społecznych
Tymczasem Katolicka Nauka Społeczna, w tym głębokie nauczanie św. Jana Pawła Wielkiego, daje nam precyzyjny kompas. Papież Polak wielokrotnie przypominał o obowiązku chrześcijańskiego miłosierdzia i pomocy uciekającym przed wojną i autentycznymi prześladowaniami. Jednocześnie jednak Jan Paweł II był daleki od promowania bezwarunkowego otwarcia granic i relatywizmu kulturowego.
W orędziu na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy, opublikowanym w roku 2001, jednoznacznie podkreślał, że państwa mają prawo do regulowania przepływów migracyjnych w obronie własnego dobra wspólnego. Co więcej, przypominał o kluczowych obowiązkach przybyszów: „Należy oczekiwać, że imigranci, z szacunkiem i z poczuciem odpowiedzialności, włączą się w życie społeczeństwa, które ich przyjmuje, przestrzegając jego praw i przyswajając sobie jego wartości”. Papież wskazywał na niezbywalne prawo narodów do zachowania własnej kultury i tożsamości.
Pakt Migracyjny, narzucający państwom członkowskim odgórne kwoty relokacyjne lub kary finansowe (tzw. solidarność obowiązkowa), budzi uzasadniony sprzeciw właśnie z perspektywy prawa narodów do samostanowienia i dbałości o spójność społeczną. Gościnność nie może oznaczać samobójstwa kulturowego, zaś chrześcijańska miłość bliźniego nie nakazuje zgody na niszczenie dziedzictwa, na którym wyrosła Europa. Żyjemy w epoce, w której obrona oczywistości wymaga heroizmu. Narzucana Europejczykom narracja próbuje wymusić poczucie winy za własną historię i religię, żądając w zamian bezkrytycznej akceptacji obcych prądów kulturowych.
W tych trudnych warunkach niezwykle aktualne staje się świadectwo św. Ojca Maksymiliana Marii Kolbego. Męczennik z Auschwitz, założyciel „Rycerza Niepokalanej”, uczył, że nie ma miejsca na kompromisy tam, gdzie w grę wchodzi Prawda. Św. Maksymilian nie bał się nazywać zła po imieniu, korzystając z najnowocześniejszych środków przekazu, by bronić wiary w coraz bardziej wrogim otoczeniu. Jak sam pisał: „Nikt na świecie nie może zmienić prawdy. Czego szukać możemy i powinniśmy, to tylko jej poznania i pokochania”.
Europa bez Chrystusa traci wolność
Dziś tą fundamentalną, choć tak brutalnie zagłuszaną w debacie publicznej prawdą jest fakt, że Europa odcięta od Chrystusa nie staje się wcale przestrzenią neutralnej wolności, lecz traci swój ostateczny fundament. Natura, także ta duchowa i społeczna, nie znosi próżni. Wypychając chrześcijaństwo ze sfery publicznej, europejskie elity stworzyły potężną ideologiczną wyrwę, wobec której kontynent staje się całkowicie bezbronny.
Państwo, które z pełną surowością karze własnych obywateli za obronę chrześcijańskiego dziedzictwa, a jednocześnie z lęku przed posądzeniem o ksenofobię przymyka oko na jaskrawe łamanie prawa przez przybyszów, popełnia cywilizacyjne samobójstwo. To nie jest już tylko kwestia stosowania podwójnych standardów. To systemowe podcinanie gałęzi, na której opiera się cały gmach zachodniego ładu. Prawo, które nie wyrasta ze wspólnego, moralnego pnia i które uderza w gospodarzy na rzecz bezwarunkowego uprzywilejowania gości, przestaje być narzędziem sprawiedliwości, a staje się instrumentem ustrojowej opresji.
Dlatego też debata nad migracją, bezpieczeństwem i prawami rdzennymi obywateli w Europie nie może być dłużej paraliżowana przez szantaż emocjonalny i strach przed oskarżeniami o mityczną „nietolerancję”. Mamy niezbywalne prawo żądać poszanowania chrześcijańskiego dziedzictwa, z którego wyrosły europejskie szpitale, uniwersytety i systemy ochrony praw człowieka. Mamy obowiązek wymagać, by prawo było egzekwowane z taką samą stanowczością wobec każdego, bez taryfy ulgowej, podyktowanej statusem migranta czy odmiennym wyznaniem.
Europa nie ocali swojej tożsamości poprzez politykę ciągłych ustępstw, przepraszanie za własną historię i nakładanie cenzury na własnych mieszkańców. Stary Kontynent ocali się tylko przez radykalny powrót do swoich pierwotnych źródeł. Prorocze wołanie św. Jana Pawła II z adhortacji Ecclesia in Europa jest dziś nie tyle prośbą, co dramatycznym wezwaniem ratunkowym: „Europo, odnajdź siebie samą! Bądź sobą! Odkryj swoje początki. Tchnij życie w swoje korzenie”.
Dopóki rdzenni mieszkańcy kontynentu nie odzyskają autentycznej, głębokiej dumy ze swojego chrześcijańskiego dziedzictwa, żadne unijne traktaty, biurokratyczne dyrektywy ani pakiety migracyjne nie powstrzymają nadciągającej cywilizacyjnej zapaści. Nadszedł czas, byśmy przestali kłaniać się dyktatowi poprawności politycznej. Czas przestać przepraszać za to, kim jesteśmy, i zacząć z odwagą przypominać światu, że to właśnie Krzyż zbudował wielkość Europy.
