O sprawie Pani Weroniki i nadziei w prawie łaski

O sprawie Pani Weroniki i nadziei w prawie łaski

W 2016 r. Pani Weronika, nosząc pod sercem nowe życie, trafiła do gabinetu pewnego doktora. Usłyszała, że dziecko
ma zespół Downa, a lekarz zasugerował aborcję. Po pewnym czasie urodziła syna – zdrowego. Ostrzeżenie przed tym „lekarzem” stało się powodem procesu sądowego i skazania jej za zniesławienie.

Słowa te kreślę w momencie szczególnym, gdy emocje po prawomocnym wyroku skazującym Panią Weronikę wciąż są żywe, a opinia publiczna z napięciem oczekuje na decyzję Głowy Państwa. W chwili oddawania tego tekstu do druku Pan Prezydent Karol Nawrocki nie podjął jeszcze decyzji o skorzystaniu z przysługującej mu prerogatywy prawa łaski w tej sprawie. Poniższe rozważania są więc nie tylko analizą stanu prawnego, ale i głosem nadziei na przywrócenie elementarnego poczucia sprawiedliwości.
W jednej ze starożytnych sentencji prawniczych ukryta jest gorzka prawda: Summum ius, summa iniuria – co można tłumaczyć jako: „Najwyższe prawo bywa najwyższym bezprawiem”. Sentencja ta, choć wywodzi się z czasów Cycerona, niestety wciąż znajduje swoje bolesne odzwierciedlenie we współczesnych salach sądowych. Idealnym, choć tragicznym tego przykładem, jest historia Pani Weroniki – matki, która została skazana przez polski wymiar sprawiedliwości za to, że miała odwagę stanąć w obronie prawdy i zdrowia innych kobiet. To papierek lakmusowy kondycji naszego systemu prawnego i moralnego.

Historia Pani Weroniki

Przypomnijmy fakty, które – choć brzmią jak scenariusz dreszczowca – wydarzyły się naprawdę. W 2016 r. Pani Weronika, będąc w ciąży, trafiła do gabinetu ginekologicznego pewnego doktora. Diagnoza, którą usłyszała, brzmiała jak wyrok: dziecko ma zespół Downa. Jednak zamiast wsparcia lekarz zasugerował aborcję. Namawiał do niej usilnie, także podczas kolejnej wizyty. Matka, kierowana miłością i sumieniem, odmówiła. Zmieniła
lekarza. Jej syn Franek urodził się zdrowy.
Nie miał zespołu Downa. Urodził się jednak jako wcześniak – co, jak wskazują obserwatorzy sprawy, mogło być skutkiem gigantycznego stresu, jaki zafundowano kobiecie w gabinecie lekarskim.
Historia mogłaby się tu zakończyć jako świadectwo ocalenia. Jednak kilka lat później, w 2022 r., Pani Weronika na internetowym forum zobaczyła pytanie innej kobiety o opinię na temat tego samego lekarza. Zrobiła to, co nakazywało jej sumienie i zwykła ludzka przyzwoitość – opisała swoje doświadczenia
i odradziła korzystanie z usług tego specjalisty.Ostrzegła inną matkę. Efekt? Lekarz oskarżył ją o zniesławienie.
Machina państwowa ruszyła. Kobieta
w 9. miesiącu kolejnej ciąży była wzywana na policję, pobierano od niej materiał biologiczny, jak od groźnego przestępcy.
W trakcie procesu na jaw wyszły wstrząsające fakty o oskarżycielu – w 2002 r. ten sam lekarz usłyszał zarzuty dotyczące nielegalnych aborcji, a ostatecznie – jak twierdzą media – udowodniono mu ich kilkanaście. Mimo to wobec oskarżenia Pani Weroniki o zniesławienie sąd stanął po stronie „dobrego imienia” lekarza,
a nie po stronie matki broniącej życia.

Kara za głoszenie prawdy

Wyrok Sądu Rejonowego w Starogardzie Gdańskim, podtrzymany następnie (z niewielką korektą wymiaru prac społecznych) przez Sąd Okręgowy w Gdańsku, jest prawomocny. Pani Weronika została skazana na trzy miesiące prac społecznych, ma przeprosić lekarza i pokryć koszty sądowe. Sąd uznał, że ostrzeżenie przed aborterem jest przestępstwem.
W tym miejscu warto zadać pytanie o granice formalizmu prawnego. Prawo karne, a w szczególności niesławny Art. 212 Kodeksu karnego (zniesławienie), staje się w takich momentach narzędziem kneblowania ust tym, którzy mówią niewygodną prawdę. Sąd, skupiając się na literze prawa, zdaje się całkowicie abstrahować od ducha sprawiedliwości.
Czyż „społeczną szkodliwością czynu” – kluczową przesłanką odpowiedzialności karnej – jest ostrzeganie przed lekarzem, który myli się w diagnozie i namawia do zabicia dziecka? Czyż nie większą szkodliwością jest milczenie w takiej sytuacji?

Oczekiwanie na ułaskawienie

Obecnie jedyną drogą ratunku przed wykonaniem tego wyroku jest instytucja Prezydenckiego Prawa Łaski. Ponieważ temat ten budzi wiele emocji i często jest błędnie interpretowany przez media głównego nurtu, warto przyjrzeć się mu bliżej.
Instytucja ułaskawienia jest reliktem dawnej władzy królewskiej, przeniesionym na grunt nowoczesnego państwa demokratycznego. W Polsce reguluje ją Art. 139 Konstytucji RP, który mówi krótko: „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski”. Jest to osobista prerogatywa Głowy Państwa. Oznacza to, że Prezydent nie jest w tym zakresie skrępowany żadnymi sztywnymi regułami proceduralnymi, które wiązałyby mu ręce, tak jak wiążą one sądy.
Prezydent nie staje się „trzecią instancją” czy „supersądem”. Nie ocenia on ponownie dowodów, nie przesłuchuje świadków, nie orzeka o winie czy niewinności w sensie procesowym. Prawo łaski działa na innej płaszczyźnie – płaszczyźnie miłosierdzia i korygowania surowości prawa tam, gdzie jego ścisłe stosowanie kłóci się z poczuciem słuszności.
Warto wiedzieć, że akt łaski może przybrać różne formy: 1. Darowanie kary – skazany jest winny, ale nie musi odbywać kary (np. więzienia czy prac społecznych); 2. Złagodzenie kary – np. zamiana więzienia na grzywnę; 3. Zatarcie skazania – uznanie, że w świetle prawa osoba jest znowu „niekarana”, a wpis o wyroku znika z Krajowego Rejestru Karnego.
Procedura ułaskawieniowa może toczyć się w dwóch trybach. Pierwszy, tzw. tryb sądowy (z Art. 560 i następne k.p.k.), polega na tym, że prośbę o ułaskawienie kieruje się do sądu, który wydał wyrok. Sąd ten opiniuje wniosek i przesyła go (lub nie, jeśli opinia jest negatywna) do Prezydenta. Jest to jednak droga długa i sformalizowana. Istnieje jednak drugi tryb stosowania prawa łaski, kierowany bezpośrednio na podstawie wspomnianego przepisu Konstytucji. W tym trybie Głowa Państwa może podjąć decyzję suwerennie, nawet bez pozytywnych opinii sądów. To właśnie ten tryb, nazywany czasem „prezydenckim”, jest wyrazem ustrojowej roli Prezydenta jako strażnika sprawiedliwości, który może wkroczyć tam, gdzie machina sądowa zawiodła człowieka.

Akt łaski nie podważa autorytetu sądów

Ułaskawienie nie jest podważeniem autorytetu sądu. Jest wentylem bezpieczeństwa systemu. Sędziowie są związani ustawami i procedurami. Czasem „mają związane ręce” przepisami, które nie przewidziały nietypowych sytuacji. Ale Prezydent związany jest jedynie Konstytucją i własnym sumieniem.
Akt łaski wobec Pani Weroniki to sygnał, że Rzeczpospolita chroni rodzinę i wolność słowa w jej najszlachetniejszym wydaniu – troski o życie drugiego człowieka. Dziś walka o życie i prawdę toczy się na salach sądowych i w Internecie. Ale mechanizm zła, który chce uciszyć prawdę, pozostaje ten sam. Prośba o ułaskawienie była w istocie prośbą o przywrócenie właściwej hierarchii wartości. Pani Weronika stała się wyrzutem sumienia dla systemu, który pozwala na „pomyłki” w diagnozowaniu wad letalnych, ale nie wybacza
…ostrzeżenia przed takimi pomyłkami. ■

Zostaw komentarz