22 maja 2005 r. w swym własnym mieszkaniu, w Torrebelvicino, w północnych Włoszech, został odnaleziony w kałuży krwi zamordowany ciosami noża w głowę 54-letni mężczyzna, Ugo Festa.
Nie wiadomo, kto to zrobił. Wiadomo natomiast, że swoje ostatnie 15 lat życia ów człowiek oddał innym ludziom, służąc im i pomagając. I to za sprawą Jana Pawła II.
Jego historia poszłaby w niepamięć, gdyby nie pisarz Antonio Socci, który wszystko opisał na łamach gazety „Il Giornale”. Ugo Festa chorował od dzieciństwa na stwardnienie rozsiane, które na prawie
40 lat przywiązało go do wózka inwalidzkiego. Z czasem dołączyły się: zanik mięśni, epilepsja i zwyrodnienie kręgów piersiowych. Prawdziwa kalwaria. Lekarze nie potrafili już nic więcej dla niego zrobić. Zrezygnowany i bez wiary, Ugo zmienił się w pesymistę i antyklerykała, świadomy tego, że zmierza wprost na cmentarz. „Stał się człowiekiem nasiąkniętym cierpieniem” – mówi jego znajoma, Maria Acqua – „zbuntowanym na swój potworny los i na Boga”.
Cudowny Medalik i Obraz Pana Jezusa Miłosiernego
Jednakże pod tym wszystkim kryło się wołanie bezbronnego człowieka, który szukał dla siebie nadziei. 28 kwietnia 1990 r. mężczyzna udał się na pielgrzymkę do Rzymu, gdzie w tych dniach właśnie przebywała Matka Teresa z Kalkuty. Ta uboga zakonnica w białym sari pochyliła się nad Ugo, jak miała w zwyczaju postępować w stosunku do wszystkich napotkanych nieszczęśników tej ziemi, i poradziła mu, by udał się do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Trento, aby tam prosić o szczególną łaskę dla siebie. Ugo, cały poirytowany, nawet słyszeć o tym nie chciał, jednakże przyszła Błogosławiona nie dała za wygraną: pozostawiła mu medalik wraz z obrazkami Miłosiernego Chrystusa ‒ Tego, którego kult szerzyła św. Siostra Faustyna Kowalska, wizjonerka z Krakowa.
Następnego dnia ów ciężko chory człowiek został zawieziony na audiencję u Papieża. Siedzi na swym wózku, trzymając w dłoniach podarowanego Chrystusa. Skrajny
krzyk desperacji? Amulet przeciwko złemu fatum? A może wyraz ukrywanego w głębi skomlenia o miłość?
Przechodzący tam Papież zaraz zauważył przygniecionego cierpieniem mężczyznę, zatrzymał się i zapytał: „Jak się czujesz?”. Ugo wybucha płaczem i wyrzuca z siebie cały ból i gorycz. Skazany na inwalidzki wózek, skazany na umieranie… Jan Paweł II słucha go uważnie, po czym mówi: „Ale jak możesz czuć się tak przegrany, skoro ściskasz w dłoniach Miłosiernego Jezusa? Zawierz Mu całego siebie i módl się do mojej Siostry Faustyny, by wstawiła się w twojej sprawie”.
Wstań i chodź!
To spotkanie spowodowało, że Ugo udał się do sanktuarium w Trydencie, by się modlić, tak jak mu poradzili Papież i Matka Teresa. Był zdecydowany trwać tam bez końca. Czwartego dnia zdarzyło się coś niezwykłego. Nagle Ugo czuje, że całe jego ciało przenika intensywne ciepło. Słyszy w sobie głos Chrystusa, który znał z Ewangelii: „Wstań i chodź!”. Boi się pomyśleć, że to wszystko mu się tylko wydaje, że się radykalnie samooszukuje. Postanawia podnieść się z wózka i… Wszelkie choroby i dolegliwości opuściły tego biednego człowieka. Po tym wszystkim powrócił do Rzymu, na audiencję papieską, 19 sierpnia, by o tym wśród łez opowiedzieć Papieżowi.
Życie Ugo Festy zmieniło się całkowicie. Wdzięczny Bogu za uzdrowienie, postanawia pomagać innym. Udaje się na misje do Indii i do Afryki, by wspierać dzieło sióstr Matki Teresy z Kalkuty. Nie oszczędza się w niczym. By pozyskać pieniądze na chleb i lekarstwa dla biednych, ima się przeróżnych sposobów. „Pewnego dnia” – opowiada Maria Acqua – „zobaczyłam go z kolczykiem. Zatkało mnie. Wyjaśnił mi, że się założył: jeszcze 10 dni wytrzyma i zarobi 1000 euro dla chorych”. Organizował sprzedaż różańców i małych przedmiotów wystruganych w drewnie przez biedaków.
Kilka miesięcy wcześniej ta sama Maria Acqua widziała się z nim po raz ostatni. „Powiedział mi: «Wiesz, moja droga, mam raka. Ale co mnie to obchodzi? Jeśli Jezus uratował mnie jeden raz, to już wystarczy»”. Ugo opiekował się chorymi i opuszczonymi, wyrzutkami i bezdomnymi. Przyjmował ich w swoim domu, w którym policja znalazła go z rozbitą czaszką od uderzenia nożem. Nie wiadomo, czy śledztwo jest w stanie wyjaśnić wszystko. Jedno jest pewne: umarł dla Chrystusa. Nie tylko zostało mu podarowane życie, ale i jego najwyższy sens. A wszystko przez jedno spotkanie z Janem Pawłem II i Matką Teresą z Kalkuty, którą to Papież w 2003 r. zdążył wynieść na ołtarze.
Boże Miłosierdzie ratunkiem dla świata
Jestem przekonany, że Bóg naszemu pokoleniu zapalił potężny reflektor, posługując się w tym celu pewną prostą siostrą zakonną, Siostrą Faustyną, poprzez którą Chrystus chciał odsłonić zapomniany wymiar Ewangelii – Boże Miłosierdzie. Kto by pomyślał, że to pokolenie, które przeżyło okrucieństwo dwóch wojen, rewolucji, totalitaryzmów, także przejawy nieludzkich skutków szybkiego rozwoju cywilizacji, będzie tak chłonne i tak spragnione odkrycia tego właśnie wymiaru nauczania Jezusa, jakim jest Jego Miłosierdzie. Ludziom potrzeba było radykalnego odsłonięcia promieni Bożego działania, nowej lektury Chrystusowej śmierci na Krzyżu i zmartwychwstania.
To jest przesłanie, które rozlało się na cały świat. Ludzie tym oddychają.
„W swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa Bóg na nowo nas zrodził do żywej nadziei” – pisał św. Piotr (1 P 1,3). Nasze europejskie języki trochę nas oszukują. Wiążą one bowiem słowo „miłosierdzie” z sercem (łac. cor, cordis), osierdziem, uczuciem, empatią, wzruszeniem. Tymczasem język hebrajski, język Boga, wyraża je przy pomocy pojęcia rahamim, które pochodzi od rehem, czyli kobiecego łona. Miłosierdzie jest więc czymś więcej niż odruch serca; oznacza poród, danie życia, kojarzy się z wydaniem dziecka na świat.
W Chrystusie spotykamy się z tego rodzaju Bożym Miłosierdziem. On nas zrodził na nowo, do nowego życia, nadał nam nową tożsamość – dzieci Boga. Dlatego też w Kościele pierwotnym sadzawka chrzcielna była budowana w kształcie matczynego łona. Kto narodził się na nowo, doznał Miłosierdzia Bożego, a przez to poznał, jaki smak ma Jego ojcostwo.
Miłosierdzie kojarzy się nam nieraz z potrzebą zajęcia się nieszczęśnikami tego świata albo z lepkimi od słodkości modlitewkami, oderwanymi od naszego chropowatego i cuchnącego grzechem życia. Tymczasem nasza biedna rzeczywistość, bardziej nieraz przypominająca kostnicę niż porodówkę, przynagla nas do niestrudzonego wołania: „Miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. ■

Zostaw komentarz
Musisz być zalogowany by dodawać komentarze.