Czasami pytamy: „Dlaczego niektórzy z nas mają zawsze pod górkę?”. Wiele osób ma wrażenie, że ciągle wszystko im się nie układa. Jednocześnie w gronie znajomych znajdują się ludzie, którzy mają jakoś łatwiej i są bardziej zadowoleni z życia.
Naszym problemem jest sama natura emocji. Kiedy jest nam źle, możemy wpaść w lejek, ściągający nas na emocjonalne dno. Wszystkie tak zwane negatywne emocje mają konkretne zadanie – zmobilizować nas do walki z zagrożeniem. Co jednak się dzieje, jeśli zagrożenie jest stałe i niemożliwe lub trudne do wyeliminowania?
Ktoś na przykład nie lubi własnej pracy albo ma dziecko nieustannie sprawiające problemy, przewlekle chorą osobę w rodzinie… Co wtedy dzieje się z nami? Mówimy wtedy o stanie przewlekłego stresu.
Przewlekły stres nakłada czarne okulary
Normalnie w sytuacji zagrożenia zawęża się nasze pole widzenia, koncentrujemy uwagę tylko na nim, szukając sposobów wyjścia z matni. Wszystko inne przestaje być ważne, bo najważniejsze jest przetrwanie.
W sytuacji przewlekłego stresu robimy, bezwiednie, dokładnie to samo. Koncentrujemy całą swoją uwagę i wysiłki na trudnej, a niemożliwej do zmiany sytuacji. Właśnie dlatego nie potrafimy wtedy prawdziwie cieszyć się z dobrych rzeczy, które się nam przytrafiają. Nie doceniamy dobrych słów, miłych gestów, bo uwaga jest skupiona wyłącznie na trudnej sytuacji.
Pogrążamy się wówczas coraz bardziej w złym nastroju i przekonaniu o tym, że jest źle i nigdy nie będzie lepiej. To jak bagno, które wciąga człowieka.
Zobaczmy, jak to działa na przykładzie. Marzena pracuje w biurze projektowym. Zarówno przełożona, jak i koleżanki są w jej przekonaniu toksyczne. Praktycznie wszystkie rozmowy toczone podczas pracy to obmawianie innych. Do tego ma poczucie winy, bo uważa, że jako katoliczka powinna wyrazić sprzeciw, ale jednocześnie czuje, że to tylko zaogni atmosferę. Boi się też, że mogą ją wtedy zwolnić i w tym wieku nie znajdzie pracy. Myśli o sytuacji w pracy dręczą ją nieustannie. Wydaje jej się, iż bliscy bagatelizują jej problem, a porady i próby pocieszania odbiera jako wynikające z niezrozumienia i braku empatii.
Wychodzenie z trudnych emocji
Na szczęście nie jesteśmy aż tak bezradni, ponieważ mamy rozum i nie musimy być niewolnikami swoich uczuć.
Aby odnaleźć drogę wyjścia z emocjonalnego dołka, spowodowanego przewlekłym stresem, najważniejsze jest podjęcie działań, które pozwolą przekierować uwagę i energię na bardziej pozytywne części życia. Oto kilka propozycji, które mogą pomóc w tej transformacji:
- Zmiany w otoczeniu fizycznym. Otoczenie, w którym przebywamy, ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. Rozpocznij od uporządkowania przestrzeni wokół siebie – chaos w otoczeniu często odzwierciedla nasz wewnętrzny chaos. Może to wydać się beznadziejnym pomysłem. Już mam problemy i jeszcze sobie dokładam pracy. Po co? Gdy wprowadzamy dookoła fizyczny porządek, odzyskujemy poczucie kontroli nad swoim życiem. Dodatkowo, jeśli zawsze zadręczamy się swoimi problemami w określonym miejscu, zaczyna nam się ono nieświadomie z nimi kojarzyć. Dlatego warto rozejrzeć się po swoim otoczeniu, powyrzucać rzeczy zbędne, zepsute, potęgujące chaos i kojarzące się z problemem. Może nawet przearanżować je, dodać kwiaty doniczkowe i inne pozytywne elementy. Dotyczy to zarówno domu, jak i miejsca pracy.
Marzena z naszego przykładu zauważyła, że często przynosi do domu sprawy zawodowe do dokończenia. Papiery lądują centralnie na stole i kłują w oczy. Postanowiła, że nie będzie ich wyciągać z torebki, a jeśli będzie musiała zrobić coś zaległego z pracy, pójdzie po drodze do biblioteki i tam to zrobi. W samej pracy odwróciła biurko w stronę okna, stawiając na parapecie kwiaty doniczkowe i kupiła słuchawki tłumiące hałas. Wytłumaczyła szefowej, że dzięki temu może lepiej się skupić, a tak naprawdę pozwoliło jej to bardziej odizolować się od toksycznego otoczenia. - Odwrócenie uwagi od problemów. Skupienie się na problemach tylko pogłębia uczucie beznadziei. Wiemy, że ciągłe zadręczanie się nie pomaga, ale i tak to robimy. Dlatego trzeba podziałać wbrew swoim emocjom i skierować myśli i aktywność ku otoczeniu i pozytywnym ludziom. Nawet jeśli początkowo robimy to niejako wbrew sobie. Można to zrobić, angażując się w wolontariat, działalność społeczną lub grupy modlitewne. Pomaganie innym nie tylko przynosi satysfakcję, ale też pozwala zobaczyć własne problemy w nowym świetle. Przenosimy jednocześnie uwagę z problemu nierozwiązywalnego na taki, na który mamy wpływ.
Marzena do tej pory walczyła z zamartwianiem się poprzez oglądanie seriali, ale i tak dręczyły ją złe myśli o pracy. Dlatego zaangażowała się w działający przy parafii system udzielania bezpłatnych korepetycji. Ten jeden dzień w tygodniu, gdy pomaga dzieciom (czasami z naprawdę bardzo trudną historią rodzinną) w nauce, daje wytchnienie od dręczących ją myśli oraz przynosi satysfakcję ze zmieniania świata na lepsze. - Skupienie uwagi na pozytywach. Wiemy już, jak działa przewlekły stres. Mamy do czynienia ze stałą, trudną sytuacją, na którą nie mamy wpływu. Zamartwianie się nią nic nie zmieni. Dlatego zacznijmy siłą woli koncentrować uwagę na tym, co w życiu dobre. Jeśli bliscy próbują nas pocieszać, to nie dlatego, że bagatelizują problem, a wręcz przeciwnie – ponieważ widzą, jak my go wyolbrzymiamy. Pozwólmy im na to.
Warto też zacząć prowadzić dziennik wdzięczności i codziennie wypisywać w nim zarówno duże, jak i drobne dobre rzeczy, które wydarzyły się danego dnia. Można zresztą praktykę przeglądu dnia pod kątem dobrych wydarzeń i pozytywnych ludzi wpleść w modlitwę wieczorną. Choć z początku może to przychodzić z oporami, z czasem staje się bardziej naturalnym nawykiem. A badania naukowe (np. prof. Martina Seligmana) pokazują, że praktykowanie wdzięczności jest jednym z najbardziej efektywnych sposobów pielęgnowania zdrowia psychicznego.
Marzena z naszego przykładu zmusiła się do prowadzenia dziennika wdzięczności, mimo iż z początku wypisywała tam teksty typu: „Jestem wdzięczna za to, że mimo wszystko ogarniam pracę” i „Dziękuję, że mi roślinka doniczkowa mimo wszystko nie zwiędła”. Po dłuższym czasie zaczęły pojawiać się bardziej radosne refleksje, np.: „Jestem wdzięczna za bliskich, którzy zasypują mnie obfitością drobnych przysług, dobrych słów”, a nawet: „Dziękuję, że udało mi się w pracy skierować rozmowę na projekt społeczny, w którym moglibyśmy wziąć udział, i dziewczyny uznały pomysł za ciekawy”. To ostatnie było wynikiem refleksji, że przecież zamiast próbować pouczać koleżanki, że obgadywanie jest złe, co na pewno skończyłoby się niesnaskami, może podsuwać im inne tematy rozmów – z nadzieją, że się włączą.
Moc modlitwy
Jest jeszcze jeden element, o którym warto wspomnieć – psychologiczna moc modlitwy. Pojawiły się badania pokazujące, że gdy się za kogoś modlimy z życzliwością, w autentycznej trosce o jego dobro, zaczynamy go bardziej lubić i akceptować, nawet jeśli ma trudne zachowania. Nie namawiam oczywiście, by traktować modlitwę instrumentalnie – po to, by poczuć się lepiej, ale namawiam do tego, by próbować modlić się za trudne osoby szczerze i z miłością bliźniego.
Pamiętajmy też, że w zderzeniu z trudną i długotrwałą sytuacją, na którą nie mamy zbytniego wpływu, zamartwianie się nią do niczego dobrego nie prowadzi. Jednak nie da się po prostu przestać o niej myśleć; potrzebne jest wykonanie konkretnych kroków, by ułatwić sobie zmianę perspektywy i odzyskanie zdolności odczuwania radości. ■
