Chciałbym dać świadectwo z wdzięczności i na cześć Matki Bożej.
Opowiadam swoją historię od niedawna. Pan Bóg tak mnie prowadził, że to, co w moim życiu wydarzyło się bardzo ważnego, podawał mi jakby do rozeznania w odpowiednim czasie. Dzisiaj myślę, że musiałem być na te wiadomości przygotowany i na tyle dojrzały, aby je przyjąć i móc się nimi dzielić.
Moja historia życia zaczyna się dosyć banalnie. Urodziłem się w roku 1962, 8 września – w dzień narodzin Matki Bożej. Przyszedłem na świat w rodzinie wielodzietnej. Byłem szóstym dzieckiem moich rodziców. Pięć lat wcześniej urodziła się moja siostrzyczka Ewa, która zmarła na drugi dzień po porodzie.
Kobiety rozumieją, jaka to jest trauma dla niewiasty, kiedy dziewięć miesięcy czuje bicie serca pod swoim sercem, kiedy rodzi dziecko, a ono na drugi dzień umiera. To jest dla matki bardzo trudne doświadczenie, trudny do udźwignięcia krzyż.
Po pięciu latach od przyjścia na świat Ewy począł się w łonie mojej mamy mały Zbyszek, mama jednak była sporo po czterdziestce. Poszła do lekarza w mojej rodzinnej
miejscowości, który prowadził jej wszystkie wcześniejsze ciąże.
Uratowany przed aborcją
O tym, co wtedy zaszło, dowiedziałem się od mojej mamy, kiedy byłem na studiach seminaryjnych. Poprosiła mnie i powiedziała: „Synku, będziesz już za trzy lata księdzem. Chciałam ci coś opowiedzieć, coś ważnego, co wydarzyło się w twoim życiu”. Otóż lekarz po badaniach powiedział: „Pani Leokadio – bo tak miała na imię moja mama – muszę pani powiedzieć ze smutkiem, że musimy usunąć tę ciążę. Bo albo urodzi się dziecko i pani umrze, albo odwrotnie. Jednak i tak, według moich badań, na 99% wynika, że jeżeli to dziecko się urodzi, to urodzi się z chorobą – z zespołem Downa”.
Gdy moja mama to usłyszała, mając już czworo dzieci, a jedno parę lat wcześniej zmarło, była bardzo zmartwiona. Pierwsze kroki skierowała wtedy do swojej mamy i jej to wszystko opowiedziała. Moja babcia niestety nie stanęła wtedy na wysokości zadania i powiedziała: „Lodzia, masz czwórkę dzieci, jak nie daj Boże umrzesz przy porodzie, to kto ci je wychowa. Musisz to jedno poświęcić, tym bardziej że, jak sama słyszysz, ma być chore”. Moja mama jeszcze bardziej wpadła w rozpacz. Poszła do najlepszej przyjaciółki, która mieszkała na rogu naszej ulicy, i usłyszała od niej te same słowa. Rozpłakana i wystraszona wróciła do domu. Na szczęście mój ojciec stanął wtedy na wysokości zadania, okazał się prawdziwym mężczyzną. Przytulił mamę i powiedział: „Lodzia, absolutnie nie zabijemy tego dziecka, jeszcze zobaczysz, że będziesz miała z niego największą pociechę.
Od dziś codziennie będziemy chodzić przed obraz Matki Bożej do naszej średzkiej kolegiaty i tam poświęcimy je Maryi”.
Mówiła mi mama, że tę obietnicę spełnili. Prawie codziennie chodzili do kolegiaty średzkiej i tam klękali przed obrazem Matki Bożej, i modlili się, by Maryja sprawiła, żebym urodził się zdrowy i żeby mama była zdrowa.
Miałem urodzić się na koniec sierpnia, ale urodziłem się później, 8 września, tak jakby Matka Boża pokazała, że przyjęła tę modlitwę i sprawiła, że urodziłem się w dzień Jej narodzin. Okazało się, że ja urodziłem się zdrowy i mama była zdrowa. Umarła dopiero wtedy, gdy byłem już kapłanem wikariuszem. Rodzice bardzo cieszyli się i dziękowali Panu Bogu. Na pamiątkę ufności rodziców, iż Maryja wysłuchała ich próśb, na drugie imię dali mi Marian i oddali mnie Matce Bożej.
Kiedy moja mama mi to wszystko opowiedziała, a było to w trakcie studiów w Poznaniu, to w pierwszej chwili trochę we mnie się zagotowało. Chciałem iść do tego lekarza, bo jeszcze wtedy żył, będąc emerytem. Chciałem zapukać do jego drzwi i powiedzieć mu: ,,Panie Doktorze, to ja jestem tym, którego pan chciał zabić”. Nie zrobiłem tego. Gdy minęły
lata i byłem już kapłanem, to wszystko przemodliłem. Pojechałem wtedy na jego grób i na grób mojej babci i pomodliłem się za nich, mówiąc, że im z całego serca przebaczam, żeby to nie ciążyło na nich przed Panem Bogiem, kiedy zdadzą sprawę ze swojego życia.
Znak odkryty na dłoniach
Jednak historia mojego ocalonego życia nie kończy się na tym. Wspomnę, że wśród moich kolegów kapłanów jest wielu takich, którzy byli skazywani na aborcję, a ocaleli.
Mijały lata, byłem już proboszczem. W parafii, gdzie pracowałem, miałem znajomych lekarzy, którzy byli małżeństwem. Byłem kiedyś u nich na przyjęciu. W trakcie spotkania podawałem pani doktor jakąś potrawę. Ona wzięła ją i powiedziała: ,,Pokaż mi swoje dłonie”.
W pierwszej chwili się wystraszyłem, pomyślałem, że może mam brudne ręce. Pokazałem jej moje dłonie, a ona im się przyjrzała. Popatrzyła na mnie, zapadła cisza i w pewnym momencie powiedziała: „A czy ty wiesz, że masz małpią bruzdę? – jest to jeden z przejawów choroby zespołu Downa, polegający na tym, że na wewnętrznej stronie dłoni w poprzek przechodzi jedna linia, a nie dwie, jak u osób zdrowych. Każdy człowiek z zespołem Downa ma jedną linię na dłoni”.
Później pytałem w tej sprawie wielu lekarzy, którzy powiedzieli mi, że jest niemożliwe, aby człowiek zdrowy miał jedną linię oraz aby człowiek chory miał dwie.
To wszystko oznacza, że lekarz, który badał moją mamę przed moim urodzeniem, a on znał się na swoim fachu, dokładnie określił moją chorobę – ja w łonie mojej mamy począłem się z zespołem Downa. Począłem się z tą chorobą, tylko Pan Bóg, zapewne na tę prośbę zanoszoną przed obrazem Maryi w kolegiacie, w Środzie Wielkopolskiej, sprawił cud w łonie mojej mamy i uzdrowił mnie całkowicie, ale zostawił ślady na dłoniach.
Pan Bóg powiedział mi to przez lekarkę po to, żeby w dzisiejszych trudnych czasach, gdzie tak łatwo przychodzi kobietom wychodzić z piorunami na ulicę i krzyczeć, że pragną zabijać dzieci – dawać świadectwo, że nie wszystko zależy od ludzi. Nawet najlepsi lekarze fachowcy muszą poddać się wobec woli Pana Boga.
Ja począłem się z zespołem Downa i Pan Bóg zostawił na moich dłoniach ślad jako dowód tej choroby, ale pokazał także, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. I dlatego publikuję to świadectwo, aby złożyć Matce Bożej hołd.
Pragnę też powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek spotkacie się z taką sytuacją, że Wasza córka, wnuczka, ktoś bliski będą borykać się z takim problemem jak moja mama, mająca za doradców osoby jak jej znajoma czy jak moja babcia, to nie skazujcie na śmierć, ale dajcie szansę Panu Bogu. Dajmy szansę Matce Bożej – bo Oni naprawdę nas kochają i chcą naszego dobra. Być może Pan Bóg dał mi to wszystko, abym mógł bardziej pokochać tych moich braci i siostry, którzy tak jak ja poczęli się z zespołem Downa, i żebym mógł mówić rodzinom, które mają takie dzieci: kochajcie je z całego serca, one wielką miłością odpłacają za dobro im wyświadczone. Może czasami są trudniejsze chwile w ich wychowaniu niż dzieci zdrowych, ale ich wdzięczność jest zawsze większa i piękniejsza.
Dziękuję Panu Bogu i Matce Bożej za to życiowe doświadczenie. Dziękuję, że na łamach „Rycerza Niepokalanej” na cześć Matki Bożej mogę to świadectwo Wam przekazać. ■