Z początkiem roku 2026, w sercu współczesnej Warszawy, w gmachu przy alei Solidarności, rozgrywa się spektakl, który w podręcznikach historii prawa niestety może zapisać się jako mroczny przykład „sądowej ustawki”. Sprawa ks. Michała Olszewskiego SCJ oraz byłych urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości od miesięcy elektryzuje opinię publiczną. Jednak to, co zobaczyliśmy podczas pierwszych rozpraw tego procesu, wykracza poza ramy zwykłego sporu prawnego. Wygląda to na swoistą manipulację sądową, w której fundamenty demokratycznego państwa prawa zostały zastąpione przez arbitralne decyzje i polityczną wendetę.
Gra znaczonymi kartami: Skład sędziowski z „łapanki”
Największy absurd procesu objawił się jeszcze przed odczytaniem aktu oskarżenia. Polska procedura karna opiera się na świętej zasadzie ius de non evocando – nikt nie może być oderwany od swojego sędziego (tzn. każdy powinien być sądzony przez sąd właściwy, niezależny i bezstronny, działający w oparciu o ustalone przepisy), a o składzie orzekającym decydować musi ślepy los lub sztywny algorytm, a nie wola polityczna. Tymczasem w tym procesie „ślepy los” okazał się wyjątkowo sterowalny.
Na początku 2025 r. system wylosował konkretnych ławników, którzy mieli gwarantować bezstronność. A potem… ci ludzie tak jakby zniknęli. Zastąpiono ich osobami z tzw. listy rezerwowej w trybie, który obrona określa mianem niedozwolonej „metody na rezerwowego”. Bez transparentnego uzasadnienia, bez dokumentacji potwierdzającej np. chorobę pierwotnie wylosowanych osób, za stołem sędziowskim usiedli ludzie wybrani niemal „z palca” z pominięciem reguł jasno określonych w ustawie o ustroju sądów powszechnych.
Wygląda to tak, jakby sala sądowa zamieniła się w arenę gladiatorów, gdzie wynik walki został ustalony przez cesarza, zanim gladiatorzy wyszli na piasek. Absurd potęguje fakt, że przewodnicząca składu, sędzia Justyna Koska-Janusz, sama pozostaje w publicznie znanym sporze osobistym z byłym ministrem sprawiedliwości, co rzuca cień na bezstronność całego postępowania. Nawet sama złożyła wniosek o swoje wyłączenie, który ku wielkiemu zaskoczeniu nie został uwzględniony, przez co sędzia przewodnicząca – sama siebie uznająca za stronniczą w tej sprawie – została niejako zmuszona do jej prowadzenia.
W efekcie mamy sytuację, w której sędzia delegowany przez obecną władzę sądzi ludzi powiązanych z poprzednią ekipą, korzystając z ławników, których tryb powołania budzi najcięższe zarzuty proceduralne (Art. 439 § 1 pkt 2 k.p.k. – co oznacza wydanie wyroku przez sąd, który był nienależycie obsadzony – a to implikuje nieważnością całego procesu). To gilotyna kasacji, która wisi nad tym procesem od pierwszej minuty.
Wyjaśnienia urzędniczki
Gdy w końcu dopuszczono oskarżonych do głosu, narracja prokuratury zaczęła rozsypywać się jak domek z kart. Wyjaśnienia Urszuli Dubejko – urzędniczki mianowanej z 20-letnim stażem, która służyła Polsce pod rządami różnych opcji politycznych – stają się merytorycznym nokautem dla oskarżycieli. Prokuratura zarzuca Fundacji Profeto brak odpowiednich zapisów w statucie, co miało rzekomo wykluczać ją z konkursu na budowę centrum pomocy pokrzywdzonym.
Urszula Dubejko, cytując wprost par. 8 i 10 statutu Fundacji oraz par. 4 ogłoszenia konkursowego, wykazała niemal całkowitą tożsamość celów – od aktywizacji zawodowej, przez ochronę zdrowia, po pomoc ofiarom konfliktów zbrojnych. Mit o „niedopełnieniu wymogów formalnych” pękł z hukiem. Jeszcze ciekawiej zrobiło się przy analizie punktacji merytorycznej. Prokuratura sugeruje, że Tomasz Mraz (kluczowy świadek oskarżenia) „zawyżył” punktację dla Profeto.
Tymczasem matematyka jest nieubłagana: nawet gdyby odjąć wszystkie punkty przyznane przez Mraza za doświadczenie, oferta ks. Olszewskiego i tak pozostałaby najlepsza, deklasując konkurencję (np. Fundację Dajemy Dzieciom Siłę) stosunkiem 132 do 126 punktów. Absurdem najwyższej próby jest jednak zarzut o „działanie na szkodę interesu prywatnego” poprzez rzekome ograniczenie środków dla osób opuszczających zakłady karne.
Urszula Dubejko wyjaśniła podstawy ekonomiczne Funduszu: pomoc postpenitencjarna jest finansowana z pracy osadzonych, a pomoc pokrzywdzonym z nawiązek sądowych. To dwa odrębne portfele. Co więcej, w czasie jej pracy na koncie Funduszu stale znajdowała się ogromna nadwyżka (blisko 150 mln zł wolnych środków), a Ministerstwo musiało gęsto tłumaczyć się w Sejmie ze zbyt niskiej realizacji wydatków. O jakim zatem „ograniczeniu dostępności” mówi prokuratura?
Tortury i „niechlujstwo” jako metoda
Za merytorycznymi sporami kryje się ludzki dramat. Ks. Michał Olszewski SCJ, człowiek, którego próbowano złamać medialnym linczem i nieludzkim traktowaniem, podczas rozprawy odmówił składania wyjaśnień, ale złożył bardzo obszerne oświadczenie, wskazując na swój wyjątkowo zły stan zdrowia, wywołany brutalnym zatrzymaniem i przetrzymywaniem w upokarzających warunkach (tzw. klatka z pryczą). Kapłan mówił o nękaniu jego matki oraz ojca przez ABW i regularnych nalotach policji na dom rodziców.
Zestawienie tego cierpienia z „niechlujstwem” prokuratury jest porażające. Oskarżyciele w oficjalnych dokumentach wielokrotnie mylili nazwy podmiotów oraz daty umów. Jak zauważył ks. Michał, zarzuty zmieniały się co dwa miesiące, a on sam był aresztowany pod zarzutami inaczej sformułowanymi niż te, które usłyszał w akcie oskarżenia.
Podwójne standardy i hipokryzja
Szczytem hipokryzji, na którą wskazała Urszula Dubejko, jest fakt, że obecny dysponent Funduszu Sprawiedliwości (Minister Sprawiedliwości / Prokurator Generalny) zawarł umowy nawet przed zakończeniem procedury konkursowej z dziewięcioma podmiotami, podczas gdy oskarżonych grilluje się za rzekome (i obalone już wyjaśnieniami) uchybienia w idealnie przeprowadzonej procedurze.
Co więcej, obecne kierownictwo resortu doprowadziło do sytuacji, w której od stycznia 2026 r. tysiące pokrzywdzonych miesięcznie zostaje bez pomocy, bo nie rozstrzygnięto nowych konkursów. Tymczasem ośrodek budowany przez Profeto gwarantował trwałość infrastruktury i pomoc nawet po zakończeniu finansowania z Funduszu – wzorem słynnej Kliniki Budzik.
Co dalej?
Sprawa ta jest papierkiem lakmusowym polskiej praworządności. Jeśli zgodzimy się na „ręczne sterowanie” ławnikami i procesy oparte na naginaniu przepisów pod z góry założoną tezę, jutro każdy z nas może stać się ofiarą podobnego mechanizmu. Wyjaśnienia Urszuli Dubejko będą kontynuowane, a po niej będą wyjaśniać kolejni oskarżani urzędnicy.
Już teraz jednak widać, że oskarżenie nie stoi na fundamencie faktów, lecz na ruchomych piaskach politycznych oczekiwań. Prawda o Funduszu Sprawiedliwości obroni się, o ile pozwoli się jej wybrzmieć przed prawdziwym, niezawisłym sądem – a nie takim, w którym „jokery” wyciągane są z rękawa w najmniej oczekiwanych momentach.
