Kiedy państwowa oferta edukacyjno-wychowawcza spotyka się z masowym odrzuceniem ze strony obywateli, demokratyczna władza powinna wyciągnąć wnioski i zrewidować swoje plany. W obliczu frekwencyjnego fiaska nieobowiązkowego do tej pory przedmiotu edukacja zdrowotna resort edukacji podjął decyzję bezprecedensową: skoro rodzice nie chcą posyłać dzieci na te zajęcia dobrowolnie, zostaną do tego zmuszeni.
Zapowiedziana przez minister edukacji narodowej Barbarę Nowacką zmiana statusu tego przedmiotu na obowiązkowy to nie tylko oświatowy lifting, lecz systemowy demontaż konstytucyjnych praw rodzicielskich. W roku szkolnym 2025/2026 edukacja zdrowotna weszła do szkół jako przedmiot fakultatywny, ostatecznie zastępując wychowanie do życia w rodzinie (WDŻ). Wynik tego eksperymentu okazał się dla projektodawców druzgocący.
Z oficjalnych danych MEN wynika, że w zajęciach uczestniczyło zaledwie około 30 proc. uprawnionych uczniów. Przedmiot ten, co wprost przyznają nawet niektórzy przedstawiciele koalicji rządzącej, w oczach społeczeństwa w dużej mierze poległ, a masowe wypisywanie z niego dzieci było jaskrawym sygnałem sprzeciwu wobec nowej, forsowanej odgórnie wizji profilaktyki i wychowania. Rodzice „zagłosowali nogami”, korzystając z przysługujących im praw.
Odpowiedź ministerstwa uderza jednak w same fundamenty relacji na linii państwo – obywatel. Zamiast pogłębionej refleksji nad przyczynami odrzucenia podstawy programowej, na wiosnę 2026 r. zapadła decyzja siłowa: od 1 września edukacja zdrowotna staje się obowiązkowa. To klasyczny przykład sytuacji, w której aparat państwowy, nie potrafiąc przekonać społeczeństwa do swoich racji, sięga po narzędzie legislacyjnego nakazu.
Próba uśpienia czujności
Aby złagodzić wizerunkowe skutki tej decyzji i uniknąć – jak to ujęła w mediach sama minister Nowacka – „politycznej awantury”, resort zastosował specyficzny manewr taktyczny. Ogłoszono mianowicie, że z obowiązkowej podstawy programowej wyłączony zostanie najbardziej kontrowersyjny komponent, dotyczący tzw. zdrowia seksualnego. Ten moduł (stanowiący według zapowiedzi ok. 1/10 przedmiotu) pozostanie nieobowiązkowy, a decyzja o uczestnictwie w nim dziecka ma leżeć wyłącznie w gestii opiekunów.
W przekazie medialnym krok ten ma budować narrację o kompromisie i pełnym poszanowaniu praw rodziców. Skupienie uwagi opinii publicznej na wydzielonym module seksualnym skutecznie usypia czujność wobec tego, co realnie znajdzie się w potężnej (obowiązkowej dla wszystkich) części przedmiotu. Nikt rozsądny nie kwestionuje konieczności nauczania pierwszej pomocy, zasad prawidłowego żywienia czy higieny cyfrowej. Problem leży w narzucaniu obszarów takich jak szeroko pojęte zdrowie społeczne i psychiczne.
Z prawnego punktu widzenia pojęcia te są niezwykle podatne na subiektywne interpretacje. W dzisiejszym dyskursie edukacyjnym pod hasłem dbania o „dobrostan” nierzadko przemyca się nową definicję ról płciowych, relatywizuje tradycyjne ujęcie rodziny czy narzuca specyficzne, progresywne normy zachowań. Zmuszając młodzież do uczestnictwa w tych zajęciach, państwo rości sobie monopol na formowanie postaw w sferach, które tradycyjnie przynależały do intymnej oraz aksjologicznej autonomii rodziny.
Działania Minister Edukacji Narodowej stoją w ostrej kolizji z literą polskiego prawa ustrojowego. Artykuł 48 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej gwarantuje bezwzględnie: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. Należy podkreślić, że prawodawca nie „nadaje” tego prawa w drodze łaski państwa, lecz jedynie je uznaje i potwierdza. Jest to prawo wynikające z samej natury rodziny. Próba ograniczania tej prerogatywy poprzez zmuszanie dzieci do uczestnictwa w zajęciach przemycających określoną wizję antropologiczną narusza również Artykuł 53 Konstytucji, który chroni wolność sumienia i wyznania, ściśle powiązaną z prawem rodziców do zapewnienia dzieciom wychowania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami.
Usiłowanie „naprawienia” fatalnej frekwencji poprzez odgórny przymus jest jawnym zaprzeczeniem zasady pomocniczości państwa, wywodzącej się wprost z preambuły do naszej Ustawy Zasadniczej. Szkoła publiczna ma za zadanie wspierać rodziców w procesie edukacyjnym, a nie stawać się ich ideologicznym substytutem. Ingerencja państwa w sferę wychowawczą jest prawnie dopuszczalna jedynie wtedy, gdy rodzina jest dysfunkcyjna i ponosi całkowitą klęskę w swoich obowiązkach. Zastosowanie administracyjnego przymusu – w sytuacji, gdy polskie rodziny wyraźnie, świadomie i mierzalnie odrzuciły narzucany im model przedmiotu w jego fakultatywnej formie – stanowi drastyczne nadużycie władzy publicznej i złamanie konstytucyjnej zasady proporcjonalności.
Prawo i obowiązek rodziców do wychowania swoich dzieci
Reforma edukacji zdrowotnej w jej ostatecznym, przygotowywanym na wrzesień 2026 r. kształcie to prawny demontaż praw rodzicielskich. Pod szyldem ogólnej troski o rozwój fizyczny i psychiczny uczniów resort centralizuje system wychowawczy. Deklarowany przez minister Barbarę Nowacką „kompromis”, polegający na dobrowolności zaledwie małego wycinka przedmiotu, to w istocie zasłona dymna dla operacji znacznie szerszej: ominięcia woli obywateli i administracyjnego przymuszenia uczniów do uczestnictwa w zajęciach, których ich rodzice w większości nie chcieli.
W demokratycznym państwie prawa obrona przed tym zjawiskiem nie może opierać się na uległości, lecz na stanowczym, obywatelskim egzekwowaniu ustrojowych gwarancji. Ta prawna batalia ma bowiem fundament nie tylko ustrojowy, ale i głęboko ludzki. Jak przed laty przenikliwie przypominał św. Jan Paweł II, niezłomny obrońca praw rodziny, owa zasada pomocniczości, wpisana dziś w Konstytucję, jest echem uniwersalnego prawa naturalnego.
W adhortacji Familiaris consortio Papież pisał wprost, nie pozostawiając złudzeń żadnej władzy państwowej: „Prawo i obowiązek wychowania są dla rodziców czymś istotnym (…), są pierwotne i przysługują im przed zadaniem wychowawczym innych (…), są niezbywalne, to znaczy, że nie mogą być całkowicie przekazane innym ani przez innych zawłaszczone”. Państwo uzurpujące sobie prawo do formatowania sumień młodych przekracza swoje kompetencje. W zderzeniu z potężną, administracyjną presją i próbą usypiania społecznej czujności pozorowanymi ustępstwami, nie wolno nam rezygnować z nazywania rzeczy po imieniu.
Jak zwykł mawiać św. o. Maksymilian Maria Kolbe, człowiek który doskonale rozumiał potęgę propagandy i wagę formacji młodych umysłów: „Szczęście jednak, zbudowane nie na prawdzie, nie może być – jak sama zresztą nieprawda – trwałe. Jedynie prawda może być i jest niezłomnym fundamentem szczęścia tak poszczególnych ludzi, jak i całej ludzkości”. Budowanie systemu oświaty na prawnym kamuflażu i ignorowaniu woli rodziców nie stworzy przestrzeni do zdrowego rozwoju młodego pokolenia. Prawdziwa edukacja musi opierać się na prawdzie o człowieku i szacunku dla jego pierwszej, najważniejszej szkoły życia – rodziny.
