Drodzy Czytelnicy „Rycerza Niepokalanej”!

Już dawno temu słowo „odpowiedzialność” mocno wbiłem sobie do głowy. Chociaż? Nie…, dokładniej rzecz ujmując, to zostało mi ono wbite do głowy… przez „siedzenie”.
Zbliżał się koniec roku szkolnego, a ja byłem dumnym pierwszoklasistą. W sobotnie popołudnie, po zakończonych lekcjach (bo wtedy jeszcze chodziło się do szkoły sześć dni w tygodniu) wymyśliłem sobie fajną zabawę. W sumie to nawet było mi na rękę, że rodzice pojechali do Lublina na egzaminy – oboje kończyli studia, a ja zostałem w domu z dziadkami, co sprawiło, że miałem większe pole do popisu.
Wymyśliłem sobie ognisko! Plan był prosty. Ukradkiem, przemyciłem z domu zapałki i, niezauważony przez dziadków, poszedłem do drewutni – ale nie po to, żeby wziąć drewno na ognisko. Plan zakładał, że ognisko będzie w środku. Powinienem tu dodać, że drewutnia znajdowała się pomiędzy zabudowaniami gospodarczymi a stodołą, które ściśle do siebie przylegały. W stodole natomiast, jak to w stodole, zapola z sianem i nowiutki polonez wujka. Jeśliby ktoś w tej chwili pomyślał: „Ależ nieodpowiedzialny”, to dodam, że wcześniej przygotowałem sobie plastikowe wiadereczko z wodą, na wszelki wypadek.
Ognisko się udało… rozpalić. Dość szybko spostrzegłem, że przygotowane wiadereczko z wodą nie poradziło sobie z ogniem, który zaczął wymykać mi się spod kontroli.
Mój plan nie zakładał udziału innych osób w tym przedsięwzięciu. Zdecydowałem jednak, że pójdę po dziadka. Początkowo nie był zainteresowany tą zabawą w ognisko, ale – zmotywowany przez babcię – dał się namówić.
Gdy zobaczył dym wychodzący z drewutni, zareagował natychmiastowo. Przybiegł ze szlauchem, ugasił ogień, a później jeszcze przez długi czas polewał drewna wodą, choć po ognisku dawno nie było już śladu. Chociaż nie, ślad pozostał… szczególnie po powrocie rodziców, i nie chodzi mi o ślad w drewutni.
Pierwszy raz widziałem tatę tak zdenerwowanego. Gdy wysłuchał relacji dziadka, zaczął tłumaczyć mi – słownie i ręcznie – że bardzo źle postąpiłem. Mama płakała, choć nie wiem, czy z przejęcia, że mogło dojść do tragedii, czy z powodu przekonywających argumentów taty. Uczciwie mówiąc: nie pamiętam, co mówił. Wbiło mi się jednak mocno do głowy jedno słowo, które tato odmienił wtedy chyba przez wszystkie przypadki: „odpowiedzialność!”. ■